niedziela, 24 listopada 2013

Dzień Życzliwości

Puste ulice, nowoczesna droga rowerowa oraz porozumienie w sprawie irańskiego programu nuklearnego, to bilans zeszłego tygodnia.

21 listopada obchodziliśmy Światowy Dzień Życzliwości. Jak wiadomo w naszym kraju o życzliwość dość ciężko, dlatego moi rodacy z wielką pompą obchodzili to życzliwe święto jak największym łukiem. Uważam, że przechodzimy dziś modę na szeroko rozumianą (a może nawet szeroko definiowaną) tolerancję. Dlatego razem z mieszkańcami Wrocławia tolerowaliśmy to, że ktoś może to święto obchodzić, ale prewencyjnie nie wychodziliśmy z domów, żeby nie narazić się na przypadkową życzliwość. Generalnie idee takich świąt są jak najbardziej w porządku, ale wydaje się, że rozumni ludzie tworzący społeczności miejskie powinni sami dochodzić do wniosku, że życzliwość nie boli i nie gryzie, że albo się życzliwym jest, albo nie, żadne święta tego raczej nie zmienią.

Moje drugie (a w zasadzie pierwsze, bo rodzinne) miasto – Częstochowa tak szybko pędzi ku rozwojowi, że o Dniu Życzliwości w ogóle  tam nie wspomniano. W natłoku codziennej pogoni za Nowym Jorkiem i Londynem nie ma czasu na życzliwość, która, jak wiadomo, nie przynosi żadnych wymiernych korzyści. Natomiast oddano do użytku remontowany ostatnio fragment drogi wylotowej do Opola i Wrocławia, na którym pojawił się pas dla rowerzystów. Jest to pierwszy taki pas w Świętym Mieście, co Urząd Miasta i lokalne media uznają za milowy krok w stronę Zachodu. Burmistrzowie NY oraz stolicy Wielkiej Brytanii wysłali swoich zaufanych ludzi, aby po pierwsze pogratulowali prezydentowi Częstochowy tak rewolucyjnej zmiany podziału jezdni, a po drugie by podejrzeć wirtuozerię koniunktury Świętego Miasta, które plasuje się w czołówce miast z najwyższym poziomem bezrobocia w Polsce.

Na szczęście istnieją na świecie państwa, w których Święto Życzliwości obchodzi się tak, jak należy. Państwa te nazywają siebie „szóstką” (Francja, USA, Rosja, Chiny, Niemcy, Wielka Brytania), ale właściwie nie wiadomo dlaczego właśnie tak. W każdym razie dyplomaci tych sześciu państw w ramach Święta postanowili być życzliwi dla Iranu, na co irański wysłannik również odpowiedział życzliwością. I tak od życzliwości do życzliwości powstało porozumienie w sprawie irańskiego programu nuklearnego. W tej świątecznej atmosferze padło kilka komplementów z jednej i z drugiej strony, i w ogóle było miło.

Niestety atmosferę popsuli Izraelczycy, którzy zawsze starają się przewrócić kota na drugą stronę. Wygrażali całemu światu palcem premiera Benjamina Netanjahu oraz krzyczeli ustami tego ostatniego, iż jest to „historyczny błąd”. Nie wiadomo jedynie czy mieli na myśli porozumienie w sprawie programu nuklearnego Iranu, czy wprowadzenie Dnia Życzliwości. Wydaje się, że bez różnicy, bo wszystko to, co niezgodne z Izraelem zostaje okrzyknięte jako antysemityzm.


W tym szczególnym (ze względu na Święto) tygodniu nie mogło zabraknąć akcentu włoskiego. Znany z życzliwości były premier Włoch, Silvio Berlusconi, odsiadujący czteroletni wyrok za oszustwa podatkowe, postanowił spróbować uderzyć w emocjonalne nuty. Il caimano (włos. aligator) zaapelował do prezydenta Giorgio Napolitano, by ten okazał mu trochę życzliwości i ułaskawił go bez uprzedniego składania przez niego prośby o to. „Mam swą godność i dlatego o to nie proszę” – dodał. W kuluarach mówi się, że prezydent Napolitano dość uszczypliwie odpowiedział na tę niemą prośbę Berlusconiego, zwanego przez oponentów Aligatorem. Mianowicie miały paść słowa „Silvio, pomyliły Ci się Święta. Dzień Zwierząt obchodzimy 4 października”. Na tę nieoficjalną nieżyczliwość zareagował tylko Izrael, osądzając, że Napolitano to kryptojudofob, lecz bez uzasadnienia oceny.




niedziela, 17 listopada 2013

Wywoływanie zdjęć

Parę rzeczy pamiętam. Ale chyba więcej nie pamiętam, niż pamiętam. Niedługo już nie będę musiał pamiętać, żeby wiedzieć, wystarczy, że przedzwonię w pewne miejsce.

Trudno tak codziennie zapamiętać cały dzień. Minuta po minucie. Klatka po klatce. Trudno też w ogóle pamiętać dzień po dniu, miesiąc po miesiącu. Żyjemy jak ser z dziurami. Jesteśmy nieskładni. Na szczęście wielkie głowy dzisiejszego świata, w obawach o głowy mniejsze, już od dawna pracują nad naprawą człowieka. Przecież po to są wszyscy Ci prezydenci i premierzy, i inni szpiedzy. Oni się poważnie martwią.

Dlatego też w celu uchronienia nas przed efektem dziur w życiorysie, starają się oni dopieszczać swoje systemy podsłuchów, abyśmy mogli w spokoju pamiętać każdy detal naszego króciutkiego, acz wydłużającego się z każdą dekadą, życia. Smutny jest wszak człowiek, który pamięta sam siebie może w 30%. Kiedy tak stara się on uporządkować rozsypaną mozaikę poranków i wieczorów,  nie zastanawia się, oczywiście, nad tym, że w zasadzie tego wszystkiego może i on jednak nie przeżył? Głowy sobie urwać nie da.

Życie zazwyczaj wydaje nam tylko miraże weksli. Niestety zawsze jest to nasze życie spłukane. A człowiek stara się wystarać u życia emocjonalny kapitał. Weksle są bez pokrycia. A może właśnie to te weksle wykupują w naszej pamięci wolną szafeczkę, szufladkę. W każdym razie nie musimy się nad tym już zbyt długo głowić, bo Orwellowski Wielki Brat czuwa nad naszym bezpieczeństwem.

Ja, muszę przyznać, od pewnego czasu odczuwam lekki dyskomfort, raz po raz zamieniający się w swoistą klaustrofobię. Taka rzeczywistość jak u Kafki. Budzę się rano, robię to, co zawsze się rano robi, ale już od pierwszej strony(minuty) dnia czuję, że coś jest już niedopowiedziane, jakaś gilotyna wisi w powietrzu. Wcześniej nie zwracałem na takie rzeczy uwagi. Ale po kilku ostatnich wyciekach szpiegowskiej kloaki zaczynam się trochę martwić. Martwić w imię demokracji, oczywiście. „Demokracja to farsa proszę państwa”.

Wszystko to jednak nie ważne. Staram się zapełniać swoją kliszę tylko pięknym życiem. Brzydkie życie mnie nie interesuje. Biorąc pod uwagę archaizm – klisza – możemy stwierdzić, że miejsca na obrazki mam mało. Dlatego tym bardziej cieszę się,  że demokracja czuwa nade mną. Obawiam się jednak, że w tej chwili inwigilacja mojej osoby jest niewystarczalna, niedemokratyczna wręcz. Demokracja przeżywa swój rozwój. Prężnie zmierza w kierunku gospodarki centralnie planowanej. Centralnie planuje jak tu w odwrotnie – co właśnie składa się na jej rozwój – demokratyczny sposób posłuchać mniejszości a, mówiąc kolokwialnie, wydymać większość. A może tak było od zawsze? Nie sposób zapamiętać.


Chciałbym bardzo, jako osoba ceniąca swoją prywatność, być bardziej obserwowany. Brakuje mi kogoś, kto z butami wejdzie mi w życiorys. Ale trochę się ostatnio uspokoiłem tą moją nierozwojową klaustrofobią. Lada chwila, a przestanę wypełniać kliszę. Albowiem cyfryzacja już szykuje folder z moim nazwiskiem. Na wypadek jakbym czegoś zapomniał, zawsze będę mógł zadzwonić.





niedziela, 10 listopada 2013

Bet-at-GWr

W tym tygodniu w centrum Wrocławia pękła rura. Sprawa odbiła się szerokim echem w całej Polsce. A dodatkowo ja przez godzinę nie miałem wody.

Pierwszym medium, które podało ową nieszczęsną informację była Gazeta Wrocławska (dalej GWr). Jako że szybko przywiązuje się do pierwszych wyborów, postanowiłem dalej śledzić „relację live” z miejsca katastrofy, którą podawała GWr. Generalnie od samego początku coś mi nie pasowało po siarczysto patetycznym leadzie, ale, myślę sobie, nie ważne. Najważniejsze, żebym znał aktualności ze „strefy 0”. Relacja z akcji ratowania rury i wypływającej z niej wody przebiegała bez zakłóceń. Co jakieś dziesięć minut na stronie Gazety pojawiał się nowy wpis dot. działań służb kryzysowych i odpowiedzi na zasadnicze w takiej sytuacji pytanie – co się w ogóle dzieje? Wyglądało to mniej więcej tak:

20.45
Tramwaje pojadą innymi trasami. Służby już na miejscu. Dużo wody w tunelu pod placem Dominikańskim.
21.00 Przyjechały kolejne służby. Przypominamy, że tramwaje pojadą innymi trasami, a tunel pod placem Dominikańskim jest zamknięty z powodu dużej ilości wody, która w nim zalega.
(…)
22.00 Służby wciąż usuwają wodę. Wciąż jest mokro. Jutro będą korki, ponieważ wykluczony jest z ruchu tunel pod placem Dominikańskim. WRESZCIE odezwał się MPWiK (Miejskie Przedsiębiorstwo Wodociągów i Kanalizacji) – przepraszają.
(…)
23.55 MPK podtrzymało objazd dla tramwajów przejeżdżających przez torowisko na pl. Dominikańskim, z powodu zalegającej tam wody. MPWiK dalej przeprasza, mówi, że usuną to mleko, które im się wylało. Kierowcy omijajcie pl. Dominikański – będzie tam nieczynny tunel.

Jedyne, czego mi brakowało w tejże relacji live, była możliwość obstawienia wyników tego wydarzenia. Jak u bukmachera. Kurs 1.45 na zmianę trasy dostarczania wody dla dzielnic, które wykluczyła awaria. Kurs 2.5 na przyjazd kolejnych służb. Kurs 50 na awarię kolejnej rury, w innym miejscu Wrocławia. Kurs 100 na falę tsunami na Bałtyku.

W tzw. między czasie śledziłem dłuższe artykuły dot. tej sprawy. W każdy z nich dziennikarze GWr skrupulatnie wszywali jakąś uszczypliwość, lub nawet obwiniali władze Wrocławia o zaniedbania i „żarcie z koryta”. Nie do końca widziałem związek pomiędzy sprawami trzody chlewnej a zaistniałą sytuacją. W każdym razie lekko tabloidyzująca, największa gazeta codzienna we Wrocławiu urwała mi kilka szarych komórek, które zaoszczędziłem od początku tygodnia z tytułu chwilowego niespożywania używek.


Przykro mi trochę, że poziom dziennikarstwa z taką prędkością leci na łeb na szyję. Byłem kiedyś świadkiem rozmowy w siedzibie gazety codziennej dużego polskiego miasta, podczas której redaktorka naczelna rozmawiała z fotografem o tym, że „liczy się tytuł i lead, nic więcej”. Jak widać nie był to odosobniony przypadek sensacyizacji (ładne słowo wymyśliłem?) gazety. Jednakże nie sądzę, żeby niskie, jak na liczebność naszego państwa, nakłady gazet były spowodowane tylko tabloidyzacją polskiego dziennikarstwa, nastawionego na komentarz. Po prostu Polakom nie chce się czytać. A nawet jak już pokuszą się o poszukanie informacji wyjaśniającej brak wody w kranie, to Internet skieruje ich na stronę GWr, która ponoć dostała już bukmacherskie papiery.



niedziela, 3 listopada 2013

Pomysł na biznes

Zastanawiam się czasami jak tu - w myśl narodowego powiedzenia - zarobić, ale się nie narobić. Wpadłem na pewien pomysł.

Otóż, być może ze względu na Święto Zmarłych, Zaduszki i w ogóle, wpadł na mnie, jak grom z jasnego nieba, kapitalny pomysł. Zawsze wszystkim powtarzam, że gdzieś za rok, maksymalnie za dwa lata zostanę miliarderem, ponieważ wydaje mi się, że żeby zostać miliarderem trzeba tego chcieć. Nic więcej. Zatem wizualizuje sobie siebie z niewyobrażalną kwotą na koncie, i mam nadzieję, że ta kasa się na koncie po prostu pojawi. Nadzieja matką głupich, ktoś powie, ale zobaczymy kto się będzie śmiał ostatni, jak będę potrzebował tuzina skarbników, żeby pilnowali mojego majątku.

Wracając do pomysłu. Przeczytałem na stronie Gazety Wyborczej (jak mogłem wejść na tę stronę!?!?!?!) informację, iż matka, a raczej nieżyjąca już matka Andreasa Breivika wydaje swoją biografię. A w zasadzie nie ona wydaje, no bo jak, tylko dziennikarka, której udało się zrobić wywiad z matką norweskiego terrorysty. „Najsmutniejsza matka na świecie” – jak sama siebie nazywa, opowiada o tym i o tamtym. Najważniejsze, że książka ma w planach się sprzedać.

Zauważmy, że wszyscy zwyrodnialcy, zbrodniarze ich rodziny i najbliżsi dostają nieprzyzwoite propozycje na opisanie: swojego życia, życia osoby, którą się znało, życia u boku osoby, o której chciałoby się napisać, ale z braku kosztów lub braku tej osoby nie da się. Chcemy zrozumieć ich motywacje, przekonania, wiedzieć to z czym jedli kanapki, jaki obiad lubili najbardziej – ogólnie zbliżyć się do nich. Tzn. Ci, którzy są targetem (pol. celem) takiej książki, materiału filmowego, etc.
I tu właśnie pojawia się ów pomysł. A może by tak zostać tym zwyrodnialcem,(…), albo poznać kogoś takiego. Zwariowałem? Nie! Ostatnio obiła mi się o uszy taka sytuacja: Pan Wędkarz posiadał na swojej posesji stawik. Pewnego dnia postanowił wyłowić pływające w nim rybki. Wyłowił parę ryb (o łącznej wartości ok. 9zł), ale został przyłapany na gorącym uczynku przez Straż Wędkarską. Sprawa poszła do sądu. Pan Wędkarz został skazany na 3 miesiące więzienia w zawieszeniu na 2 lata oraz 100zł dla Związku Wędkarskiego. Niestety prokurator odwołał się od wyroku, który sąd zmienił na karę pozbawienia wolności, ale bez „zawiasów” oraz 1000zł kosztów sądowych. Pan Wędkarz odwołał się od tego wyroku, sprawa jest rozpatrywana.

Dlaczego Pan Wędkarz został skazany za łowienie ryb ze swojego stawu? Ponieważ padło podejrzenie, że stawowa woda  n i e  jest stojąca, tylko płynąca. Innymi słowy – nie stoi, tylko płynie.

Mógłbym zostać kolegą takiego przestępcy. Albo sam mógłbym porwać się na takie przewinienie. Np. o czym mało kto wie, zabiłem kiedyś z dwoma osobami (nie będę ich obciążał) kilkaset stonek ziemniaczanych na rodzinnym polu. Mógłbym zaplanować nowe przestępstwo – wziąłbym ze swojej działki  u k r a d ł  wiaderko piasku lub wyrwał kępę trawy z doniczki leżącej na oknie mojego mieszkania. Te i wiele innych okropności przewijałoby mi się przez głowę, jako zawodowemu-niedoszłemu przestępcy. Coś bym wybrał.

Później, po głośnym, medialnym procesie, mógłbym pobawić się w kotka i myszkę z mediami, które oczywiście łaknęłyby każdej informacji na mój temat. Dostawałbym kupę pieniędzy na opowiadanie jakichś pierdół, o których duża część naszego społeczeństwa czytałaby z cieknącą śliną przy obiedzie. Następnie dostałbym – zarówno ja, jak i moi rodzice, brat oraz przyjaciele – propozycję napisania autobiografii, albo żeby ktoś ją napisał za mnie, bo i tak bywa.


Patetyczne podtytuły napędzałyby czytelnika do zarywania nocek przy lekturze. Po odsiedzeniu wyroku żyłbym sobie spokojnie z kasą w kieszeni. Raz na jakiś czas dzwoniłby do mnie dziennikarz jakiejś poczytnej gazetki, a ja łaskawie, po bardzo intratnej propozycji z jego strony, udzielałbym pikantnego lub (już) stonowanego wywiadu. Nie zostałbym recydywą. Może i nie byłbym Breivikiem, ale hajs by się zgadzał. 

niedziela, 27 października 2013

Skok wzwyż czy w dal?

Wiem dobrze, że gdybym podskoczył | Stanie się to w zepsutym tempie | Ziemia zrobi ze cztery obroty | A ja spadnę dokładnie w to samo miejsce… Te cztery wersy Sokoła z piosenki „Sztruks”, mimo iż wyrwane z kontekstu, dają Wam wyrywek ze stałego statusu quo.

Zauważmy, że już Adolf Hitler (też sobie wybrałem) w swoim Mein Kampf ubolewał nad władzą pieniądza, nad nierównościami społecznymi, nad kiepskim stanem kultury (?). Historia kołem się toczy. Od zarania dziejów co krok spotykamy się z piewcami postępującej – w okresie, z którego pochodzi decydent, zawsze będzie to najgorszy moment w historii świata – dekadencji. I pomimo iż pluję na Hitlera, to dało mi do myślenia, że faktycznie jakbym podskoczył z 30/40 lat temu, to Ziemia zrobiłaby po prostu „parę” obrotów, a ja spadłbym  d o k ł a d n i e  w to samo miejsce.

Oglądałem ostatnio film pt.: „Układ Zamknięty” (2013) i był to kolejny kamyczek, który usypał się na górkę mojego myślenia. Wiele się o tym mówi, ale chyba w niewłaściwy sposób. Co rusz słyszymy, że  l u s t r a c j a, że połowa tzw. elity naszego kraju to pokłosie PRLu, że w zasadzie to, kto był starym aparatczykiem, zależy już tylko od widzimisię osoby mówiącej, bo obrzuca się tym czerwonym błotem wszystkich, kosztem rzeczy ważnych. W „Układzie Zamkniętym” mamy do czynienia z dwoma głównymi bohaterami – prokuraturą i urzędem skarbowym, a właściwie z ich szefami. Obaj panowie (w bohaterów wcielili się Janusz Gajos oraz Kazimierz Kaczor) robią tzw. wałki. Dla nich PRL jeszcze się nie skończył. 
Rozpościerająca się na cały kraj siatka ich wpływów i znajomości, dają im potężną i realną, przede wszystkim, władzę, z której korzystają oni bez skrupułów. Nie może im zagrozić nawet reportaż dziennikarski z ukrytej kamery, w trakcie którego ich winy są pokazane jak na dłoni. Dodam tylko, że film został nakręcony na faktach i w oparciu o historię z ostatnich lat, o czym jesteśmy poinformowani zaraz na jego początku.

Jest pełno rzeczy, które zmieniły się tylko ze względu na swoją formę – ich treść pozostała w nienaruszonym stanie. To trochę tak jak zmiana etykietki, powiedzmy, napoju. Nikomu to nie robi różnicy, bo wszyscy i tak będą się skupiali albo na marce, albo na cenie. Jest to zdecydowanie błędne koło, ale jakoś tak ciężko wymyślić na to wszystko vademecum. Cytując innego rapera (Piha) „życie jest trujące i wciąż nas uśmierca”. Różnimy się, na przestrzeni wieków, tylko figurami, tylko to tempo jest trochę zepsute, nierówne (ale ze mnie awangarda i skandalista).

Moglibyście wymyślić pewnie jeszcze i tysiąc akapitów, które być może zasługują już na miano sztampy – jak kwestie polityczne czy po prostu coś innego, na co zwrócilibyście uwagę. To trochę tak jak z poezją. Liczba interpretacji i refleksji jest wprost proporcjonalna do czytelników. Ktoś zawsze może dołożyć swoją cegiełkę do zbudowanej już pięknej, ogromnej interpretacyjnej willi.

Zauważcie, że zawsze jesteśmy częścią wielkiego absurdu. Każda książka, sztuka, poezja, wszystko, przedstawia jakiś wyrywek  a k t u a l n e g o  świata (absurdu), w którym czas generalnie rzadko kiedy zaskakuje. Problemem nigdy nie jest nasz niekwestionowany – od swojego powstania, czy może bardziej liczenia – władca. Wszystkie wielkie dzieła mogłyby powstać dzisiaj albo za sto lat, z tą tylko różnicą, że może uwzględniałyby, w mniejszym lub większym stopniu, jakieś aspekty aktualnej  e p o k i.

Zdaję sobie sprawę, że większość z Was przeczytała tylko odwołanie do Hitlera. Nawet jeśli napisałbym ten tekst za 10, 50, 100 czy 200 lat to wszystko pod drugim akapitem nie miałoby większego znaczenia. Byłoby tylko nic nie znaczącą zapchajdziurą. Mógłbym tam napisać masę bzdetów, a czytelnik ocknąłby się dopiero w tym miejscu, ponieważ resztę tekstu zajmował mu lot. A Ziemia, w międzyczasie, zrobiła parę obrotów.






niedziela, 20 października 2013

14 października

Każdy z nas, bez wyjątku, uwielbia spoglądać w otchłań przeszłości. Robimy to wszędzie i wszyscy. Ale niektóre wydarzenia są najsilniejszym motorem napędowym naszych wspomnień.

Mamy to do siebie, że pewne szafeczki naszej pamięci otwierają się dopiero pod wpływem pewnych wydarzeń. Gdy już uda nam się - jest to raczej bez naszego celowego udziału – te szafeczki otworzyć okazuje się, że są one wypchane po brzegi. Coś podobnego jak byśmy zajrzeli do szafki z ubraniami jakieś dziewczyny. Zawsze toto narzeka na brak ciuchów, a szafki aż pękają.

Więc gdy stanie się już to, co się stać musi, aby nas uaktywnić, rozlewamy się jak popchnięta pełna szklanka. Dużo możemy się dowiedzieć o sobie, ale, a może przede wszystkim, o innych. Szczególnym przypadkiem jest, gdy komuś bliskiemu rodzi się dziecko. Wtedy wszyscy – rodzice dziecka, rodzice rodziców dziecka, znajomi, rodzina, wyciąga z otchłani swojej pamięci białe kruki swojego życia, zacieśniające więzi wszystkich ze wszystkimi.

(…)


Tak. Zostałem w tym tygodniu ojcem chrzestnym (ang. Godfather). Jestem dumny jak paw. Kluski już rosną w moich policzkach. Chciałbym pisać i pisać, ale czy szczęście można ubrać w takie małe formy jak litery i zdania? W ramach rekompensaty wrzucam zdjęcie słodzaka - Antosia.


niedziela, 13 października 2013

W szklance sztorm

Świat w tym tygodniu zatrzymał się! Uważajcie. To dziwne, gdy naokoło wszystko pędzi: ludzie, samochody, pieniądze, Ziemia.

Cały świat, powtarzam, caluśki świat skupia swój niedzielny wzrok w jedno miejsce - miasto stołeczne Warszawa. Tamże rozgrywa się najważniejsza ze wszystkich tegorocznych bitew. Referendum. Hanna Gronkiewicz-Waltz kontra reszta świata. O niczym innym się od, przynajmniej, tygodnia nie mówi. Nic innego się nie liczy. Odwieczna walka dobra ze złem, w której ciężko wskazać dobro i zło.
Człowiekowi zdaje się, że może sobie spokojnie żyć w innym mieście, że może sobie człowiek taki śledzić (albo nie śledzić) wydarzenia wokół. Ale to wszystko farsa! Nie żyjemy przecież dla siebie, żyjemy Warszawą, dla Warszawy. Stolica i okolice - w szklance sztorm. W Warszawie 10 w skali Beauforta. Burza rozlała się falami po całym kraju. W cieniu fali pochowały się wszystkie inne informacje, które bały się wystawić nosa. Dziwi pruderia niusów, które zawsze mają parcie na szkło.

Na przykład sprawa napadu na bank. Zawsze z dumą prezentuje się na łamach czwartej władzy, a tu praktycznie ni widu ni słychu. Częstochowski oddział Invest Banku, czwartek godzina 10 rano. Napastnik wchodzi, terroryzuje, z bronią w ręku, ludzi w środku – w między czasie jedna z pracownic włącza alarm antynapadowy –  następnie krępuje wszystkich w środku plastikowymi kajdankami, wyciąga z skarbca ok. 250 tysięcy złotych, bierze nagrania z monitoringu i wychodzi. Ochrona najpierw pali fajki w samochodzie ok. 20 metrów od zdarzenia, a gdy przechodnie ponownie zwracają im uwagę – dostali już przecież zgłoszenie – decydują się sprawdzić, czy faktycznie bank jest właśnie obrabiany. Tak, tam ewidentnie jest napad – myśli sobie jeden z ochroniarzy i  w r a c a  do samochodu, aby wezwać policję. Policja przyjeżdża, ale napastnik już zdążył wyjść.

Fala tymczasem rozpościerała się już od Tatr aż po Bałtyk, ale okazało się, że referendum ustąpiło kawałeczek medialnego miejsca gorącej ostatnio sprawie – kościelnej pedofilii. Nie żeby był to nowy temat, ale mieliśmy ostatnio dużo przypadków, gdy jakiś ksiądz zbyt mocno pokochał swojego dużo młodszego bliźniego. Nie wiem czy oglądaliście Symetrię. Był tam taki moment, w którym do celi głównych bohaterów został dokooptowany „świeżak” z adnotacją „ponoć lubi dzieci”. Po kilku dniach notorycznego gnojenia „świeżak-pedofil” – widać w filmie, że bogaty typ – chciał wyjść z więzienia za kaucją. „Nie pozwolimy ścierwu wyjść. Myślisz, że przestanie ruchać młode dziewczynki?” – zastanawiali się bohaterowie. Po czym wyhuśtali zboczeńca. Wszystkim pedofilom szczerze życzę co najmniej kastracji.

Wiecie, fala falą, ale pewne rzeczy przemilcza się z urzędu. Ileż to już razy człowiek siadał przed telewizorem, aby obejrzeć tryumf naszej piłkarskiej reprezentacji. Za każdym razem kończyło się to zwykle tak samo – „grupa śmierci dla naszej reprezentacji: Bezludna Wyspa, Trójkąt Bermudzki, Wyspy Salomona i Atlantyda”. Nasi nie zawiedli i tym razem. Przegrana z Ukrainą i koniec marzeń o awansie.


Wracając do referendum, bo to  m u s i  interesować wszystkich Polaków. Słyszałem, że nasi rodacy spoza Warszawy zbuntowali się. Sami wynajęli lokale wyborcze, aby móc zagłosować. Au fond nie był to głupi pomysł, tylko niestety w pozawarszawskich lokalach rozdawano puste kartki, aby każdy mógł sam napisać za czym głosuje. Jedni chcieli odwołania wojny w Syrii, inni wywołania wojny z Rosją i Niemcami. Najwięcej głosów oddano jednak na zatrzymanie świata. I tak też się stało. W tle rozlewał się ogromny sztorm zwany Re-fenderum, który oczarował całe media.