niedziela, 26 maja 2013

A Ty na co jesteś chory?

Zgniła PRLowska zieleń bloków wita każdy mój poranek w rodzinnym mieszkaniu. Przeciągam się. Nie zasłaniam rolet kiedy się przebieram. Prowokuje w ten sposób sąsiadów i ludzi zamieszkujących wieżowce dookoła. Zapewniam ich również o moim zdrowiu psychicznym. Ale czy ich to w ogóle cokolwiek interesuje? A Wy szpiegujecie okna sąsiadów?

Jak dobrze wiemy nauka i technika wykorzystała ostatnie kilkadziesiąt lat na 300%, wrzucając naszej planecie szósty bieg. Oczywiście, że istnieją na Ziemi miejsca niezurbanizowane, ani nie dotknięte chorobą dzisiejszej ludzkości, ale generalnie obszary Niebieskiej Planety, w których mieszkamy albo chcielibyśmy mieszkać, zasuwają jak pociąg TGV. Czasami wydaje mi się, że klaustrofobia rozwinęła się wraz z postępem w ciągu ostatnich lat. Już tłumaczę.

Zobaczcie. Przykład z oknem. Zakładam, że większość ludzi mieszkających w wieżowcach czy blokach zasłania rolety jak się przebiera, albo idzie do łazienki lub innego miejsca, którego widok z okna nie obejmuje. Chronię swojej prywatności – odpowie oskarżony. Czy aby na pewno? Wizja stałej inwigilacji wygrywa z poczuciem zdrowego rozsądku. Kreowana w mediach rzeczywistość, w której to jesteśmy obserwowani na każdym kroku, a jak powiemy coś niegrzecznego albo umówimy się z kimś na coś nielegalnego, napawa nas obawą, bo przecież policja codziennie podsłuchuje moje rozmowy telefoniczne i co miesiąc skrupulatnie przegląda moje bilingi. Nie mówię, że ludzi, którzy faktycznie parają się jakimiś niezgodnymi z prawem profesjami policja nie ma na oku, ale poczucie  bycia obserwowanym „przez system” – mówię tu o normalnych ludziach, którzy czasami łamią prawo, ale nie jest to rzecz cykliczna i nie ma żadnego wpływu ani na budżet kraju, ani nie zagraża zdrowiu innych - zakrawa trochę o absurd.

Rozbawiła mnie ostatnio rozmowa z moim przyjacielem, podczas której przytoczona została następująca historia. Człowiek wraca do domu w nocy. Na dworze niesamowita ulewa. Jego dom jest w dzielnicy, nazwijmy ją, rolniczej. Sąsiadami jego posesji są: pole żyta i łąka. Żyto jest jeszcze w początkowej fazie rozwoju. Mniej więcej po środku kilkuhektarowej niwy stoi dwóch ludzi. Pierwszy trzyma w ręku włączoną latarkę LED. Światło skierowane jest na drugą osobę, która kopie dół. Przypominam, że jest środek nocy. Człowiekowi wracającemu do domu przez chwilę przed oczami pojawia się Tony Soprano oraz Christopher Moltisanti z kultowej Rodziny Soprano. Gdy obaj serialowi gangsterzy znikają ów człowiek zaczyna biec sprintem. Zatrzymuje się dopiero za drzwiami swojego domu, drżącymi rękami zamykając wszystkie zamki. Chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego uciekał?

Nie mówię, że nigdzie nie dzieją się dziwne rzeczy. Wszak, jak mawiał klasyk, są na tym świecie rzeczy, które się fizjologom nie śniły. Np. w nowym FORUM przeczytałem artykuł o notorycznych, w ostatnich latach, zabójstwach rosyjskich oligarchów mieszkających w Londynie. Pierwszy z nich Borys Bieriezowski został znaleziony z pętlą na szyi oraz ze złamanym żebrem. W podaną wersję zdarzeń – samobójstwo – nie wierzy nikt. Drugi Aleksandr Litwinienko udał się na spotkanie biznesowe w centrum Londynu, na którym podano mu herbatę zaprawioną odrobiną radioaktywnego polonu 210. Zmarł po 3 tygodniach męczarni. Obaj panowie byli wrogo nastawieni do Władimira Putina. Dodatkowo dowiadujemy się, że „aktywność rosyjskich tajnych służb w Londynie jest obecnie bardziej nasilona niż w czasach zimnej wojny”. Aż strach jechać do stolicy Wielkiej Brytanii.


Klaustrofobia, jak już napisałem wyżej, rozwija się właśnie poprzez takie historie. Oglądamy seriale czy filmy, które, w momentach gdy przechodzimy przy ciemnej bramie lub widzimy grupkę ludzi, nasuwają nam na myśl od razu jakieś niebezpieczeństwo, które wydarzyło się na ekranie. Z gazety dowiadujemy się, że w Londynie funkcjonuje opór rosyjskich tajnych agentów. Więc najlepiej siedźmy w domu, bo przecież na dworze czai się niebezpieczeństwo. A przecież i w naszych czterech ścianach nie możemy się czuć do końca bezpiecznie. Wszak sąsiedzi – agenci „systemu” czyhają zaraz za naszymi oknami, aby nie stracić ani sekundy z naszego życia. Paradoksalnie dzisiejsza klaustrofobia oznacza strach wyjścia z zamkniętego pomieszczenia, a nie na odwrót, jak to było do tej pory. Zapewne ma to swoją fachową nazwę w medycynie, jak wszystko, ale nie chce mi się tego szukać. Albowiem „biedni giną od braku pomocy medycznej, a bogaci od jej nadmiaru”.

niedziela, 19 maja 2013

Polityka i obyczaje


„Literatura zaczyna się tam, gdzie przestaje być normalnie” – napisał Michał Witkowski w swoim Drwalu. Czy zatem powinienem już zacząć pisać prozę? Bo wydaje mi się, że normalność oglądam już tylko w tylnym lusterku. I znowu wyszedł patetyczny lead.

Podczas porannej rozmowy z moim przyjacielem dowiedziałem się, że w Wiedniu, którego jeszcze nie było mi dane odwiedzić, ludzie jeżdżą do pracy na hulajnogach. Garnitur, neseser i hulajnoga – to przymioty austriackich białych kołnierzyków. Nie powiem, zaskoczyło mnie to. Powiedziałem mu, żeby wyobraził sobie, jakim byłoby to w Polsce mezaliansem. Adwokat jedzie na swoją rozprawę. Patrz Jadzia. Co za baran. W garniturze, a na hulajnodze się bawi. Jeśli chodzi o obyczaje i zachowania, to My -Polacy jesteśmy Ciemnogrodem. Nie ma co się oszukiwać.

Ostatnio gorąca jak majowa pogoda jest sprawa Donalda Tuska i Jerzego Urbana. Dwie kochane i znienawidzone postacie życia publicznego. Nasz premier obraził się na redaktora naczelnego tygodnika NIE za prymaaprylisowy żart. Dość tego – pomyślał sobie Tusk. Żart polegał na tym, że dziennikarze gazety Urbana włożyli w usta polityków niecenzuralne słowa, które to niby padły w trakcie meczu Polska – Ukraina na Stadionie Narodowym. Należy sobie jednak zadać pytanie, czy warto pozywać krytyczno-satyryczny tygodnik za coś, co oni po prostu robią od ponad 20 lat. Jak w takim wypadku wygląda w naszym kraju sprawa wolności słowa, biorąc pod uwagę to, że sam Urban powiedział kilka dni później, iż był to żart.

Niedawno byłem na komunii mojego brata ciotecznego i obserwowałem ten spektakl z niemałym uśmiechem na twarzy. Naszła mnie tam, przed kościołem, taka refleksja, że Ci wszyscy ludzie przyszli tam przede wszystkim, żeby ludzie we wsi zobaczyli ich modne outfity, a dopiero w drugiej kolejności, żeby te dzieci zrobiły to co się zazwyczaj na komuniach robi. Normalnie aktorzy tego dwugodzinnego przedstawienia, w którym to się PREZENTOWALI, chodzą w wyświechtanych ciuchach, i nie jest to obelga. Tymczasem okazuje się, że nie tylko ciuchy tych ludzi są wyświechtane. Tylko teraz pytanie (ale jestem dociekliwy), czy można wyświechtać rozum? (!?)

Nie jest to odosobniony – z tą komunią – przypadek. Ciekawym, z punktu widzenia badacza, jest odwiedzenie mojego osiedlowego sklepu w piątek. Dlaczego akurat w piątek? Bo jest wtedy dostawa mięsa na weekend. Jest to w zasadzie podobna sytuacja jak ta z kościoła, z tą różnicą, że ma miejsce częściej. Od rana ustawia się kilkunastoosobowa kolejka, a ten sklep jest dość mały, i zaczyna się. Odpicowani ludzie starają się na siłę jak najdłużej stać przy ladzie i zamawiać. To chyba taki konkurs. Muszą wziąć plasterek każdej szyneczki, po jednej kiełbasce, wszystkie części kurczaka etc. Dlatego strasznie nie lubię dostawać rano wiadomości – Kubuś idź do sklepu po mięso na weekend. Tracę wtedy ze dwie godziny z życia na obserwacji tej żenady, ale z drugiej strony trzeba oddać tym ludziom, że świetnie grają wyluzowanych, bogatych, dystyngowanych arystokratów.

I tu dochodzimy do sedna sprawy Tuska i Urbana. Redaktor naczelny tygodnika NIE stałby ze mną na tej komunii i w tym sklepie, i zastanawiał się, dlaczego my też – ja i on – bierzemy w tym przedstawieniu udział, bo przecież też bylibyśmy w garniturach oraz po mięso. Natomiast Tusk świeciłby swoją odświętną – ale czy czasem i nie codzienną? – aparycją na lewo i prawo. Jego córka aka internetowy wyznacznik szyku i gustu pomogłaby mu sklecić wyjściowy strój, żeby ładnie wyglądał, a ja miałbym przynajmniej wstęp do mojej powieści, bo normalność zniknęła mi już nawet z tylnego lusterka.

niedziela, 12 maja 2013

Nerwowe Juwe, Juwenalia


W maju najlepsze jest to, że gdy wracamy z depresją z weekendu majowego, to od razu wpadamy w wir juwenaliowego szaleństwa. Czyli, w sumie, w TEN poniedziałek deprechy nie ma. Ale było poczucie beznadziei.

To nic, że ponownie zaczynamy tydzień zajęciami. Psychicznie jesteśmy oddaleni od uczelnianych budynków o jakieś parę kilometrów, a może nawet bliżej. Ładniej brzmiałoby – o lata świetlne, gadziliony lat, ale cała opisywana sytuacja ma miejsce w granicach jednego miasta, niestety – z pisarskiego punktu widzenia. I tak rozpadają się „dni na godziny, minuty na sekundy, a sekundy – te uczelniane/szkolne – przeciekają”. Ale gdy uwolnimy się ze szkolnego kagańca, o ile nie olaliśmy tego już wcześniej, lecimy zaraz, zaraz do najbliższego miejsca – miejscówki, w której to odbędzie się dzisiejszy, studencki w zamyśle, ale i licealny, i gimnazjalny, etc., spęd.

Ciekawe jest to, że jeden z ważniejszych tygodni w roku każdego szanującego się studenta oraz jeden z najważniejszych tygodni każdego szanującego się intelektualisty (csii) przypadają, mniej więcej, na jeden tydzień w roku. Na moje szczęście, kiedy ja zdawałem maturę dałem radę pogodzić juwenalia z testem dojrzałości. Na zaproszenie brata – dzięki Mati – rozdziewiczyłem się juwenaliowo o rok wcześniej, niż powinienem. Ochrona – wittigowski Scotland Yard – nie zauważyli, że moja karta mieszkańca jest, delikatnie mówiąc, podrobiona i wchodziłem na teren miasteczka studenckiego – na ul. Wittiga jak król na swoje włości.

Istnieje takie powiedzenie, że co stało się w Las Vegas, to pozostaje w Las Vegas. Dlatego nie będę ściągał tego, dziś!, sloganu, a to dlatego, że kluczem do sukcesu Wittigaliów jest właśnie to, że wszyscy mówią, czego tam nie robili i kogo tam nie widzieli. Miło wspominam tamte parę dni, które wytworzyły mi w mózgu idealne psychiczne podwaliny pod nadchodzący maturalny stres. Jedna anegdotka. W momencie kiedy zbliżała się godzina X, w której to miano wyświetlać Projekt PIWO (Ci co nie wiedzą niech sobie sprawdzą na youtube) postanowiliśmy uciec z, praktycznie, samego środka masy ludzkiej, w miejsce trochę bardziej kameralne. Ja byłem odpowiedzialny za doniesienie grilla w całości, z punktu A do B. Podniosłem więc grilla ponad poziom swojej głowy i trzymałem za jedną z nóg. Co się okazało, po dotarciu w wyznaczone miejsce pozostała mi tylko ta noga, którą ściskałem. Reszta grilla została zawłaszczona, czy też zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach – o, patrzcie, grill w powietrzu, wezmę sobie ruszcik (!?).

I mimo iż nie studiuję na Politechnice Wrocławskiej, ani nie mieszkam w akademikach na ulicy Wittiga, jeżdżę tam – to duże słowo jeżdżę, bo to tak, jakbym przyjeżdżał do Wrocławia specjalnie na to wydarzenie. Więc dojeżdżam tam już od dwóch lat i zapewne będę tam się pojawiał do końca moich studiów, a nawet o jeden dzień dłużej! W tym roku byłem – tylko – na Wielkim Grillowaniu w środę. Dlaczegoż to drogi Kubo? – spyta zaciekawiony czytelnik. Już mówię. Prawdopodobne są dwie wersje wydarzeń.

1) Juwenalia na UWr – koncerty na Wyspie Słodowej – były płatne, dlatego stwierdziłem, że nie będę płacił za coś, co powinno być darmowe. Od tak. Powiedzmy, że jestem człowiekiem zasad i tyle. Na resztę Wittigaliów nie poszedłem z tego samego powodu.

2) Mniej więcej w trakcie juwenaliowego tygodnia miały miejsce dwa kuriozalne wydarzenia. W Częstochowie grupa policjantów wjechała samochodem na teren akademików i powypisywała kilkunastu osobom mandaty za picie piwa. Natomiast we Wrocławiu, również, policja zastrzeliła trzy dziki, które weszły na teren szpitala przy ulicy Koszarowej. Dlaczego zabito zagubione zwierzęta? Bo były rozjuszone – odpowiedzieli na to pytanie wrocławscy urzędnicy. Dziwne żeby nie były rozjuszone, skoro wypędzano je stamtąd pedardami hukowymi.

Tak mnie oba fakty zdenerwowały, że szukałem odpowiedniego pomieszania tych historii tak, aby pasowało mi to jako puenta do bloga. Oto co mi wyszło: Policjanci z Częstochowy powinni wlepić mandaty strzelającym władzom z Wrocławia, a studenci powinni pójść, z dzikami, i upić jak dzikie świnie.

niedziela, 5 maja 2013

Majówkowy abstynent


Weekend majowy zawsze kojarzy mi się z ostrym chlaniem. Taki to już mój – młodzieżowy – przywilej, dajemy w palnik aż trzeszczy. Ale przecież nie tylko My. Tym razem postanowiłem jednak odskoczyć od tej corocznej tradycji i porobić coś, co ma większy sens, niż przechylanie 20, 25, 30 czy 50ml kieliszka pełnego przeźroczystego znieczulacza.

O dziwo, w tym roku okazało się, że na majówkę, w gronie moich przyjaciół, przypada wiele czynników, które uniemożliwiają ordynarne alkoholizowanie. A to siłownia i związane z nią specyfiki budujące masę i rzeźbiące ciało, a to przygotowania do testów do szkółki strażackiej, czy służba, praca, mecz, etc. No dobra, myślę sobie, będę miał mój wymarzony czas, który chciałbym przeznaczyć na teleportacje do świata skrzętnie butowanego przez pisarzy, poszerzanie horyzontów i wypełnianie pustych szufladek mojego mózgu tematami i informacjami, które mogą się stać potencjalnymi punktami zaczepienia do kolejnych tekstów, czytaniem gazet oraz, co nie częste w moim przypadku, oglądaniem serialu.

Tak, lubię mieć te punkty zaczepienia w momencie, kiedy staram się pisać. Siadam przed pustą kartką Worda i wiem, w które klawisze mam stuknąć, żeby skleić jaki-taki tekst. Dlatego też mam z tatą, o czym już kiedyś pisałem, dżentelmeńską umowę, że ja kupuję tygodnik FORUM, a on POLITYKA i wymieniamy się swoimi gazetkami, które się zbierają w pary albo nawet trójki, ponieważ nie mieszkam już razem z rodzicami, i z tego powodu widzimy się raz na 2, 3 lub 4 tygodnie. Za każdym zatem razem, gdy wracam do Świętego Miasta, leżą one przygotowane w moim prześlicznie wysprzątanym pokoju. Mój mały graniastosłup prostokątny (3 na 4) jeszcze nie wie (a może wie?), że zrobienie z niego małego burdeliku – leżące wszędzie ubrania, książki, kartki, kapsle, butelki, etc., etc. – zajmie mi jakieś 24 godziny. Niestety, jestem bałaganiarzem.

Uwielbiam czytać, ale byłbym hipokrytą, gdybym powiedział, że jestem zapalonym czytelnikiem od zawsze. Staram się teraz nadrabiać stracone – w aspekcie czytania – 18 lat życia. Muszę Wam powiedzieć, że raz tak mnie wciągnęła pewna książka (Moskwa – Pietuszki), że walnąłem sobie ze 3 czy 4 kieliszki wódki. Co ma piernik do wiatraka? Otóż główny bohater chleje na umór przez całe sto stron i tak się wkręciłem w fabułę, że doszedłem do wniosku, iż nie zrozumiem tej książki, dopóki nie wejdę na pewien poziom alkoholowego ogłupienia. Niecała setka wódki, niestety nie jest w stanie wprowadzić mnie w zaczarowany świat, w którym jestem doktorem politologii, ekonomii, pisarzem i ziomalem, ale stwierdziłem, że nie będę pił sam, bo nie jestem alkoholikiem. O co chodzi?

Staram się być obserwatorem życia społecznego, bo uważam, iż jest to piekielnie ciekawe. W ogóle dużo dziwnych rzeczy mnie ciekawi ostatnimi czasy. A propos. Ludzie mają tendencję do pisania i mówienia „stare dobre czasy”. Nie neguje, że ktoś ma już najlepsze lata za sobą i tak pisze, ale w moim przypadku, są to najczęściej osoby z przedziału wiekowego 17-23. Czy oni już nic lepszego w życiu nie przeżyją? Pisałem też o tym 2 tygodnie temu - 19-latka jest już w życiu spełniona. No to co ja mam biedny napisać? Mógłbym powiedzieć przyjaciołom i rodzicom - „Pamiętasz Twoją osiemnastkę? Stare dobre czasy” albo „Pamiętacie zeszłoroczną majówkę? Dobre czasy”. A tak napiszę felieton o tym, że miałem nie pić alkoholu w majówkę, tylko zrobić coś bardziej konstruktywnego, ale, niestety, wyszło jak zawsze.

niedziela, 28 kwietnia 2013

Betonowe okno


Ja też często z nich korzystam, dlatego teraz oddam im hołd. Najważniejszy jest ich staranny dobór. Na całe szczęście pewni, zarabiający na tym, altruiści pomyśleli, że pomogą naszym – mam na myśli ludzkim – zabłąkanym duszyczkom. Jak za dotknięciem magicznego ołówka, stukając w klawisze, z pospolitego idioty stajemy się inteligentem.

Cudotwórcy, kreatorzy metafizycznej formy, ludzie, którzy otwierają, wydawałoby się, zabetonowane kanaliki i drzwiczki dostępu do naszych – wciąż ludzkich – szarych komórek. Jakże trafne i na czasie porównanie do betonu – wypadałoby powiedzieć do siebie. Teraz wszystko jest do niego porównywane. Betonowe lasy, dżungle, etc. Przeczytałem ostatnio, że beton to konserwatysta i tradycjonalista. Lada dzień ktoś powie „moja miłość do Ciebie jest trwała – no jak co, jak co? – jak beton” i tym samym wypchnie tę mieszankę cementu, piasku i H2O na głębsze, bo uczuciowe, wody. Nie bez kozery staram się napisać o tych ludziach coś ładnego na początku tego akapitu. Czy da się słowami wyrazić podziw i zazdrość, dla ludzi, którzy faktycznie trzymają w rękach bukiet internetowego pokolenia?

Odwołam się do nich samych. A właściwie do ich strony internetowej. „Każdy z nas ma chociaż jedną osobę, której chciałby coś powiedzieć, ale boi się konsekwencji” - czytam i nie wierzę. Skąd oni wiedzieli, że chcę coś o nich napisać? Faktycznie miewamy problemy z wyrażaniem swoich uczuć, aktualnych stanów oraz pragnień. Czytam dalej „Pragnienia – niektóre nasze pragnienia są jak dym ulotne”. Łezka sama zerwała się z łańcucha i teraz bezczelnie zasuwa po policzku. Jakież to było głębokie, myślimy sobie. Co prawda odzywają się teraz hordy Hejterów, którzy powiedzą nam, że to było banalne, i że kolejny cytat, który wypycha nam nogi watą – „Niektórzy są z jedną osobą całe życie, a inni całe życie czekają na taką osobę” również jest, mówiąc kolokwialnie, gówno warty. Ale właśnie w ten sposób możemy sobie tych tłuków, betonów (ach) wykasować z listy przyjaciół i powrócić do naszej niedoścignionej Arkadii wczytując się w stronę jeszcze głębiej.

I pomyśleć, że istnieją jeszcze ludzie, którzy nie chcą się tymi mądrościami dzielić. Przyznam się. Pierwszą rzeczą, którą robię rano – po wyślizgnięciu się z objęć Morfeusza – są właśnie odwiedziny kilku stron internetowych. A może uda mi się coś wyłowić z tego oceanu cytatów i wolnych myśli. Coś co pokaże innym, że ja też jestem inteligentny i romantyczny. Sam o tym jeszcze nie wiem, bo zawsze znajdzie się coś, co mnie zaskoczy. O, np. coś takiego „Większość singli jest emocjonalnie nieosiągalna, ponieważ kochają kogoś, z kim nie mogą być”. Cholera, właśnie się dowiedziałem, że kogoś nieszczęśliwie kocham, biedny ja. Ale z drugiej strony jakie to romantyczne, że tak jest, mimo że nie jest. Wystarczą trzy uderzenia w touchpad’a i ludzie uznają mnie za emocjonalnie nieosiągalnego, ponieważ kocham kogoś, z kim nie mogę być.

Pojawiło mi się w głowie jedno zasadnicze pytanie: dlaczego ja sam nie mógłbym tworzyć takich cytatów? Np. „chciał dla niej wyskoczyć z okna, ale pozwoliła mu wyjść drzwiami”, „prawdziwy przyjaciel to ktoś, kto nie pozwoli Ci wyskoczyć z okna, ale wypuści Cię drzwiami”, „jedni chcą dla siebie wyskakiwać z okien, podczas gdy inni wychodzą drzwiami”. Ale jak widzicie sam się zaplątałem w monotematyczność i brak treści w formie. O mam jeszcze jeden „jeśli czytasz ten tekst na poważnie, to znaczy, że mam ochotę wyjść z domu drzwiami, ale wyskoczę przez okno”.

niedziela, 21 kwietnia 2013

Megalomania wielkości


Zacznę trochę konwencjonalnie. Ostatnio zauważyłem pewien dziwny, acz śmieszny proceder. Z początku nawet nie zwróciłem na niego uwagi. Ale jego natężenie zaczęło się rozrastać na coraz większą skalę. No to, parafrazując Piotra Żyłę, myśle se wypadałoby o tym napisać.

To może od samego początku. Roluję stronę – czyt. tracę kolejne bezcenne godziny mojego życia – portalu społecznościowego a.k.a. Bazy Danych. Facebook jak zwykle kradnie mój czas na robienie konstruktywnych rzeczy. Chyba jestem uzależniony. Przewijam tę stronę i otwieram profile. Lubię ludzi, więc niektórzy akurat przykuwają moją uwagę. Klik w kolejny internetowy charakter. Czytam „o mnie”. „Młody, utalentowany, kapitalny, perspektywiczny, świetny, lubiany, miły, grzeczny, szalony, w porządku. Zadebiutował w OSP Zawady na balu andrzejkowym w 2009r. Jego występy są zawsze wartościowe artystycznie. Co najważniejsze został mile przyjęty przez publikę”.

No dobra, mówię, jeden niegroźny przypadek. Ok. Ludzie lubią afirmować swoją fajność. Pruderia została już całkowicie wygryziona przez pyszność. I biję się tak z myślami przez chwilę aż do momentu, kiedy wrzucam tę informację do swojego wewnętrznego zsypu śmieci. Wydawało mi się, że to, jak i wiele innych dziwnych rzeczy, które znalazłem na Bazie Danych, po prostu zniknie z mojej głowy. Ale, na moje nieszczęście, dalej traciłem i tracę czas na Fejsie.

Mała dygresja. W zasadzie to ciekawe, po co odwiedza się profile internetowe innych ludzi? Tych których znamy jeszcze ok, da się to jakoś obronić, że niby jesteśmy ciekawi co tam nowego wrzucili itd. Ale gdy wchodzimy na wyższy poziom przeglądając znajomych znajomych, a później ludzi których nie znamy, zaczyna się robić dziwnie. Albo tylko mi się tak wydaje. Nie wiem. Myślę, że później dzieje się np. coś takiego: grupa znajomych idzie do klubu. Każdy bawi się z nowopoznanymi osobami. Rano owa grupa spotyka się u któregoś z członków, aby przejrzeć zdjęcia z wczorajszej nocy na stronie klubu, w którym byli, i pogadać. „O, z tą tańczyłem. Nie znam jej” – mówi jeden. „Aa, to koleżanka tej, tego, śmego. Ona ciągle po klubach lata” – odpowiada drugi. Chwila konsternacji. Odpowiedź na niezadane pytanie jest tylko jedna: z Bazy Danych a.k.a. Fejsa.

Wracając. Miałem ostatnio mało czasu, więc relatywnie mniej lustrowałem nowe profile. Ale dalej natrafiałem na „praca: DJ, piosenkarz, raper. Przedstawiciel młodego pokolenia – nowej szkoły. Utalentowany, perspektywiczny, bla, bla”. Okazuje się, że wbrew temu co wcześniej sądziłem – że młodzi ludzie raczej boją się wychylać nosek za kotarę – młodzi mają parcie na szkło. Że rośnie nam pokolenie geniuszy. Wszyscy tacy utalentowani, cholera, perspektywiczni.

Clou rozważań było obejrzenie odcinka Top Model. Jedna dziewiętnastolatka wychodzi przed czwórkę jurorów. Giba się jak pierdolony rezus – cytując klasykę. Nie oceniaj Kuba, myślę. Dziewczyna odzywa się tymi oto słowami „Mam 19 lat. Skończyłam liceum, zdałam maturę, a teraz jestem tutaj na castingu. Jestem spełniona w moim życiu”. Skoro dziewiętnastolatka – czyli, chyba, świadoma kobieta – mówi, że jest już w życiu spełniona, to ja już rozumiem ten talent i tę perspektywiczność w Internecie.

Spuentuję ten tekst jedynym, co mi się teraz nasuwa na myśl – fragmentem utworu Pokahontaz. „… Megalomania wielkości, za hajsem pościg, szczątki szczerości, spadek jakości…”. Dość!

niedziela, 14 kwietnia 2013

Gombrowicz wciąż aktualny


Tak jest! Nareszcie! Polacy są w jakieś dziedzinie, w światowej czołówce. O czym mówię? Zaraz, zaraz. Ale powiem wam, że odkąd się o tym dowiedziałem od razu zacząłem chodzić z wyżej podniesioną głową. Albo nie.

Ile jesteście sobie w stanie wyobrazić dyscyplin, w których Polska ma w pierwszej piątce najlepszych aż dwóch przedstawicieli? No ile? W czołówce plasujemy się przed naszymi odwiecznymi i wiecznymi wrogami – Niemcami. Przed nami jedynie Wyspiarze, ale to nic. Mnie natomiast ogarnęła chwilowo delikatna megalomania. Jestem Polakiem!, jestem w czołówce – to przecież oksymoron. Nie żebym nigdy nie cieszył się z pochodzenia, ale teraz to już w ogóle.

W czym jesteśmy tacy dobrzy? No moi kochani, dziwi mnie, że nie wiecie. Otóż jesteśmy tacy świetni w… liczbie fanów stron Spotted na Facebooku. Pękam z dumy, nie wiem jak Wy. Czymże jest Spotted, zapytacie. Ignoranci. Otóż są to profile na FB, do których możecie wysłać anonimową wiadomość. Np. „Dzisiaj w tramwaju linii 11 spotkałem bajecznie śliczną, kruczoczarną dziewczynę ubraną w miodową skórę i czarne legginsy. Obdarzyłaś mnie hipnotyzującym spojrzeniem. Szczególnie w pamięci zapadł mi Twój zawadiacki wyraz twarzy, po naszej „ocznej” konfrontacji. Może dasz się zaprosić na kawę albo piwo?”. Jakie to romantyczne, nieprawdaż?

Wchodzimy, albo już weszliśmy, w erę, w której spotkania w rzeczywistości będą tylko impulsem, żeby znaleźć i „zagadać” do swojej autobusowej/tramwajowej/chodnikowej/podszkolnej/przystankowej/etc. wybranki. E-miłość w e-świecie. Ach.. zrobiło się patetycznie. W sumie to sam zastanawiam się, co to właściwie znaczy, ten sukces Spotted w Polsce. Ja sam nie jestem macho, ani nic z tych rzeczy, ale chyba zaczynamy się aż za bardzo zasłaniać Internetową anonimowością. Ale to już przecież truizm.

Na całe szczęście Spotted nie jest jedynie „portalem” randkowym. Można tam napisać, żeby kogoś obrzucić błotem. Np. (cytat dosłowny) „ Studentko pierwszego roku socjologii o obwodzie bioder +nieskończoność… Zaprzestań noszenia tak minimalnych mini! To aż rani. Zszokowany”. I tak dochodzimy chyba do sedna sprawy.

Romantycy w dzisiejszych czasach to (celowo) pedały albo cioty. Nie żebym od razu popierał internetowe flirty, ale niestety ja nie jestem ani po jednej stronie barykady, ani po drugiej. Dychotomiczny ten Spotted, bez dwóch zdań. Z pewną dozą prawdopodobieństwa mogę stwierdzić, że owe „portale” swoją popularność zawdzięczają właśnie darmowej okazji, żeby kogoś pojechać czy upupić. Kiedyś to ktoś starszy upupiał młodszego. Dziś nie ma to takiego znaczenia – ludzie sami się upupiają. Zarówno hejtując siebie nawzajem, jak i podrywając, w "gębie" anonima. Wszak entuzjaści Spotted mogą się opowiedzieć, tylko, albo po stronie nienawistników, albo po stronie romantyków. A przecież „nie ma ucieczki przed gębą, jak tylko w inną gębę” – pisał Gombrowicz.