niedziela, 28 kwietnia 2013

Betonowe okno


Ja też często z nich korzystam, dlatego teraz oddam im hołd. Najważniejszy jest ich staranny dobór. Na całe szczęście pewni, zarabiający na tym, altruiści pomyśleli, że pomogą naszym – mam na myśli ludzkim – zabłąkanym duszyczkom. Jak za dotknięciem magicznego ołówka, stukając w klawisze, z pospolitego idioty stajemy się inteligentem.

Cudotwórcy, kreatorzy metafizycznej formy, ludzie, którzy otwierają, wydawałoby się, zabetonowane kanaliki i drzwiczki dostępu do naszych – wciąż ludzkich – szarych komórek. Jakże trafne i na czasie porównanie do betonu – wypadałoby powiedzieć do siebie. Teraz wszystko jest do niego porównywane. Betonowe lasy, dżungle, etc. Przeczytałem ostatnio, że beton to konserwatysta i tradycjonalista. Lada dzień ktoś powie „moja miłość do Ciebie jest trwała – no jak co, jak co? – jak beton” i tym samym wypchnie tę mieszankę cementu, piasku i H2O na głębsze, bo uczuciowe, wody. Nie bez kozery staram się napisać o tych ludziach coś ładnego na początku tego akapitu. Czy da się słowami wyrazić podziw i zazdrość, dla ludzi, którzy faktycznie trzymają w rękach bukiet internetowego pokolenia?

Odwołam się do nich samych. A właściwie do ich strony internetowej. „Każdy z nas ma chociaż jedną osobę, której chciałby coś powiedzieć, ale boi się konsekwencji” - czytam i nie wierzę. Skąd oni wiedzieli, że chcę coś o nich napisać? Faktycznie miewamy problemy z wyrażaniem swoich uczuć, aktualnych stanów oraz pragnień. Czytam dalej „Pragnienia – niektóre nasze pragnienia są jak dym ulotne”. Łezka sama zerwała się z łańcucha i teraz bezczelnie zasuwa po policzku. Jakież to było głębokie, myślimy sobie. Co prawda odzywają się teraz hordy Hejterów, którzy powiedzą nam, że to było banalne, i że kolejny cytat, który wypycha nam nogi watą – „Niektórzy są z jedną osobą całe życie, a inni całe życie czekają na taką osobę” również jest, mówiąc kolokwialnie, gówno warty. Ale właśnie w ten sposób możemy sobie tych tłuków, betonów (ach) wykasować z listy przyjaciół i powrócić do naszej niedoścignionej Arkadii wczytując się w stronę jeszcze głębiej.

I pomyśleć, że istnieją jeszcze ludzie, którzy nie chcą się tymi mądrościami dzielić. Przyznam się. Pierwszą rzeczą, którą robię rano – po wyślizgnięciu się z objęć Morfeusza – są właśnie odwiedziny kilku stron internetowych. A może uda mi się coś wyłowić z tego oceanu cytatów i wolnych myśli. Coś co pokaże innym, że ja też jestem inteligentny i romantyczny. Sam o tym jeszcze nie wiem, bo zawsze znajdzie się coś, co mnie zaskoczy. O, np. coś takiego „Większość singli jest emocjonalnie nieosiągalna, ponieważ kochają kogoś, z kim nie mogą być”. Cholera, właśnie się dowiedziałem, że kogoś nieszczęśliwie kocham, biedny ja. Ale z drugiej strony jakie to romantyczne, że tak jest, mimo że nie jest. Wystarczą trzy uderzenia w touchpad’a i ludzie uznają mnie za emocjonalnie nieosiągalnego, ponieważ kocham kogoś, z kim nie mogę być.

Pojawiło mi się w głowie jedno zasadnicze pytanie: dlaczego ja sam nie mógłbym tworzyć takich cytatów? Np. „chciał dla niej wyskoczyć z okna, ale pozwoliła mu wyjść drzwiami”, „prawdziwy przyjaciel to ktoś, kto nie pozwoli Ci wyskoczyć z okna, ale wypuści Cię drzwiami”, „jedni chcą dla siebie wyskakiwać z okien, podczas gdy inni wychodzą drzwiami”. Ale jak widzicie sam się zaplątałem w monotematyczność i brak treści w formie. O mam jeszcze jeden „jeśli czytasz ten tekst na poważnie, to znaczy, że mam ochotę wyjść z domu drzwiami, ale wyskoczę przez okno”.

niedziela, 21 kwietnia 2013

Megalomania wielkości


Zacznę trochę konwencjonalnie. Ostatnio zauważyłem pewien dziwny, acz śmieszny proceder. Z początku nawet nie zwróciłem na niego uwagi. Ale jego natężenie zaczęło się rozrastać na coraz większą skalę. No to, parafrazując Piotra Żyłę, myśle se wypadałoby o tym napisać.

To może od samego początku. Roluję stronę – czyt. tracę kolejne bezcenne godziny mojego życia – portalu społecznościowego a.k.a. Bazy Danych. Facebook jak zwykle kradnie mój czas na robienie konstruktywnych rzeczy. Chyba jestem uzależniony. Przewijam tę stronę i otwieram profile. Lubię ludzi, więc niektórzy akurat przykuwają moją uwagę. Klik w kolejny internetowy charakter. Czytam „o mnie”. „Młody, utalentowany, kapitalny, perspektywiczny, świetny, lubiany, miły, grzeczny, szalony, w porządku. Zadebiutował w OSP Zawady na balu andrzejkowym w 2009r. Jego występy są zawsze wartościowe artystycznie. Co najważniejsze został mile przyjęty przez publikę”.

No dobra, mówię, jeden niegroźny przypadek. Ok. Ludzie lubią afirmować swoją fajność. Pruderia została już całkowicie wygryziona przez pyszność. I biję się tak z myślami przez chwilę aż do momentu, kiedy wrzucam tę informację do swojego wewnętrznego zsypu śmieci. Wydawało mi się, że to, jak i wiele innych dziwnych rzeczy, które znalazłem na Bazie Danych, po prostu zniknie z mojej głowy. Ale, na moje nieszczęście, dalej traciłem i tracę czas na Fejsie.

Mała dygresja. W zasadzie to ciekawe, po co odwiedza się profile internetowe innych ludzi? Tych których znamy jeszcze ok, da się to jakoś obronić, że niby jesteśmy ciekawi co tam nowego wrzucili itd. Ale gdy wchodzimy na wyższy poziom przeglądając znajomych znajomych, a później ludzi których nie znamy, zaczyna się robić dziwnie. Albo tylko mi się tak wydaje. Nie wiem. Myślę, że później dzieje się np. coś takiego: grupa znajomych idzie do klubu. Każdy bawi się z nowopoznanymi osobami. Rano owa grupa spotyka się u któregoś z członków, aby przejrzeć zdjęcia z wczorajszej nocy na stronie klubu, w którym byli, i pogadać. „O, z tą tańczyłem. Nie znam jej” – mówi jeden. „Aa, to koleżanka tej, tego, śmego. Ona ciągle po klubach lata” – odpowiada drugi. Chwila konsternacji. Odpowiedź na niezadane pytanie jest tylko jedna: z Bazy Danych a.k.a. Fejsa.

Wracając. Miałem ostatnio mało czasu, więc relatywnie mniej lustrowałem nowe profile. Ale dalej natrafiałem na „praca: DJ, piosenkarz, raper. Przedstawiciel młodego pokolenia – nowej szkoły. Utalentowany, perspektywiczny, bla, bla”. Okazuje się, że wbrew temu co wcześniej sądziłem – że młodzi ludzie raczej boją się wychylać nosek za kotarę – młodzi mają parcie na szkło. Że rośnie nam pokolenie geniuszy. Wszyscy tacy utalentowani, cholera, perspektywiczni.

Clou rozważań było obejrzenie odcinka Top Model. Jedna dziewiętnastolatka wychodzi przed czwórkę jurorów. Giba się jak pierdolony rezus – cytując klasykę. Nie oceniaj Kuba, myślę. Dziewczyna odzywa się tymi oto słowami „Mam 19 lat. Skończyłam liceum, zdałam maturę, a teraz jestem tutaj na castingu. Jestem spełniona w moim życiu”. Skoro dziewiętnastolatka – czyli, chyba, świadoma kobieta – mówi, że jest już w życiu spełniona, to ja już rozumiem ten talent i tę perspektywiczność w Internecie.

Spuentuję ten tekst jedynym, co mi się teraz nasuwa na myśl – fragmentem utworu Pokahontaz. „… Megalomania wielkości, za hajsem pościg, szczątki szczerości, spadek jakości…”. Dość!

niedziela, 14 kwietnia 2013

Gombrowicz wciąż aktualny


Tak jest! Nareszcie! Polacy są w jakieś dziedzinie, w światowej czołówce. O czym mówię? Zaraz, zaraz. Ale powiem wam, że odkąd się o tym dowiedziałem od razu zacząłem chodzić z wyżej podniesioną głową. Albo nie.

Ile jesteście sobie w stanie wyobrazić dyscyplin, w których Polska ma w pierwszej piątce najlepszych aż dwóch przedstawicieli? No ile? W czołówce plasujemy się przed naszymi odwiecznymi i wiecznymi wrogami – Niemcami. Przed nami jedynie Wyspiarze, ale to nic. Mnie natomiast ogarnęła chwilowo delikatna megalomania. Jestem Polakiem!, jestem w czołówce – to przecież oksymoron. Nie żebym nigdy nie cieszył się z pochodzenia, ale teraz to już w ogóle.

W czym jesteśmy tacy dobrzy? No moi kochani, dziwi mnie, że nie wiecie. Otóż jesteśmy tacy świetni w… liczbie fanów stron Spotted na Facebooku. Pękam z dumy, nie wiem jak Wy. Czymże jest Spotted, zapytacie. Ignoranci. Otóż są to profile na FB, do których możecie wysłać anonimową wiadomość. Np. „Dzisiaj w tramwaju linii 11 spotkałem bajecznie śliczną, kruczoczarną dziewczynę ubraną w miodową skórę i czarne legginsy. Obdarzyłaś mnie hipnotyzującym spojrzeniem. Szczególnie w pamięci zapadł mi Twój zawadiacki wyraz twarzy, po naszej „ocznej” konfrontacji. Może dasz się zaprosić na kawę albo piwo?”. Jakie to romantyczne, nieprawdaż?

Wchodzimy, albo już weszliśmy, w erę, w której spotkania w rzeczywistości będą tylko impulsem, żeby znaleźć i „zagadać” do swojej autobusowej/tramwajowej/chodnikowej/podszkolnej/przystankowej/etc. wybranki. E-miłość w e-świecie. Ach.. zrobiło się patetycznie. W sumie to sam zastanawiam się, co to właściwie znaczy, ten sukces Spotted w Polsce. Ja sam nie jestem macho, ani nic z tych rzeczy, ale chyba zaczynamy się aż za bardzo zasłaniać Internetową anonimowością. Ale to już przecież truizm.

Na całe szczęście Spotted nie jest jedynie „portalem” randkowym. Można tam napisać, żeby kogoś obrzucić błotem. Np. (cytat dosłowny) „ Studentko pierwszego roku socjologii o obwodzie bioder +nieskończoność… Zaprzestań noszenia tak minimalnych mini! To aż rani. Zszokowany”. I tak dochodzimy chyba do sedna sprawy.

Romantycy w dzisiejszych czasach to (celowo) pedały albo cioty. Nie żebym od razu popierał internetowe flirty, ale niestety ja nie jestem ani po jednej stronie barykady, ani po drugiej. Dychotomiczny ten Spotted, bez dwóch zdań. Z pewną dozą prawdopodobieństwa mogę stwierdzić, że owe „portale” swoją popularność zawdzięczają właśnie darmowej okazji, żeby kogoś pojechać czy upupić. Kiedyś to ktoś starszy upupiał młodszego. Dziś nie ma to takiego znaczenia – ludzie sami się upupiają. Zarówno hejtując siebie nawzajem, jak i podrywając, w "gębie" anonima. Wszak entuzjaści Spotted mogą się opowiedzieć, tylko, albo po stronie nienawistników, albo po stronie romantyków. A przecież „nie ma ucieczki przed gębą, jak tylko w inną gębę” – pisał Gombrowicz.

niedziela, 7 kwietnia 2013

Półszkot


Tak się akurat złożyło, że na Święta wylądowałem, z rodziną, w Edynburgu. Paradoksalnie wyjeżdżałem z zimnej i śnieżnej Polski, do wiosennej umiarkowanie cieplej, bezopadowej Szkocji – krainy takich samych domów i życzliwego wielonarodowego społeczeństwa. Dziwne rzeczy się tu dzieją.

Już na starcie, czyli po wyjściu z lotniska, wsiadając do autobusu miejskiego zostaliśmy zaatakowani przez uśmiechniętego kierowcę. Pozostając w gotowości na wszystko kupiliśmy bilety, czujnie rozglądając się na boki i kontrolując każdy ruch prowadzącego piętrowego busa linii 35. Otrzymawszy świstek papieru, podzieliliśmy się na dwie grupy – mój tata i brat weszli na piętro, a ja z mamą pilnowaliśmy bagażu, który został na dole. Tak na wszelki wypadek.

Na każdym przystanku, ludzie wysiadający z autobusu rzucali na odchodne kierowcy „Thank you” albo „Cheers Driver”, ciekawe za co!? No nic. Mój brat – od pół roku Szkot, tylko że brunet i z polskim akcentem, również dziękuje kierowcy, który życzy mu miłego dnia. Ja z rodzicami robimy to samo. Dziwna sprawa. Wysiadając wpadamy naprzeciwko ok. stumetrowego szeregowca. Odwracamy się w lewo, w prawo jak dzieci chwilę po wejściu do Disneylandu i w ciszy maszerujemy do mieszkania, w którym spędzimy najbliższy tydzień.

Miejscowi czują już wiosnę na całego – mężczyźni ubierają się w koszulki z krótkim rękawem, krótkie spodnie, kobiety w krótkie spódniczki, raz nawet widziałem dziewczynę, która była ubrana w szorty i bluzkę przysłaniającą (tylko!) piersi. Z rzadka mijaliśmy się tutaj z naszymi bratnimi duszami – zmarźluchami, ubranymi w kurtki i długie spodnie. Przecież tu cholernie wieje, pomyślałem sobie mijając kolejnego „golasa”.

Chyba dziwnie żyłoby się tutaj na stałe – w miejscu, gdzie wszyscy są życzliwi, nikt nikomu niczego, wydawałoby się, nie zazdrości, a miasto to mozaika idealnie zazębiających się domków, ulic, zabytków, sklepów handlowych i ludzi. Nie widziałem tutaj nikogo kto chciałby łamać jakiekolwiek przepisy. Kiedy chciałem z bratem i jego dziewczyną kupić sobie szkocką w supermarkecie, wszyscy w trójkę zostaliśmy wylegitymowani, w celu sprawdzenia naszej pełnoletności. Gdy o pierwszej w nocy wyszedłem zebrać pranie, z ogródka za domem brata, o którym wszyscyśmy zapomnieli, z balkonu obok odezwał się sąsiad pytając, czy wszystko w porządku.

A teraz, pisząc ten felieton, siedzę w kafejce na George IV Bridge. W miejscu gdzie JK Rowling pisała pierwszą część Harrego Pottera. Piję espresso. Na oknie wisi informacja, że jestem w „Miejscu narodzin Harrego Pottera”. Po tygodniu za granicą praktycznie nie pamiętam już języka poulskiego (czyy jak tou tam pou Poulsku). Gdyby nie to zapewne sam napisałbym swój bestseller.

niedziela, 31 marca 2013

Wiedźma i feministka


Oglądałem ostatnio z rodziną film pt „Przeminęło z wiatrem” – ekranizację powieści Margaret Mitchell. Jakże śmieszne wydawały mi się zamierzchłe problemy panien dobrze urodzonych. Cieszyłem się, że teraźniejszy świat jest daleki od tego opisanego w filmie – dziś dość absurdalnego. Nic jednak podobnego, groteska teraźniejszości istnieje i niekiedy zmienia się w horror.

Na początku lutego w odległej Papui Nowej Gwinei kilku spokrewnionych ze sobą mężczyzn oskarżyło dwudziestoletnią kobietę o śmierć sześcioletniego członka ich rodziny. Uznali oni, że owa kobieta – czarownica rzuciła na chłopca zły urok i postanowili samodzielnie wymierzyć jej sprawiedliwość.

W trakcie poszukiwania dwudziestolatki grupka mężczyzn rozrosła się w tłum, który w akompaniamencie okrzyków „Spalić ją!”, „Czarownica!”, zmierzał ku domowi kobiety. Gdy hałastra dotarła na miejsce „czarownicę” wywleczono z mieszkania, zdarto z niej ubrania, związano i torturowano. Na koniec oblano ją benzyną i rzucono na stos śmieci i zużytych opon, który podpalono. Kobieta spłonęła żywcem, a tłum biernych gapiów przyglądał się tej nieprawdopodobnej scenie.

Na innej wyspie, to już mniej tragiczna historia, w 2009 roku do władzy doszła siła polityczna, która twardą ręką chce wprowadzić Islandię w nowy wymiar autorytaryzmu. W kraju, z rozwiniętym społeczeństwem obywatelskim, o tradycji najstarszego parlamentaryzmu, władzę objęła Johanna Sigurdardottir – siwowłosa lewicowa feministka i od początku swojej kadencji weszła w (idąc za tygodnikiem FORUM) „rolę ajatollaha Chomeiniego autorytarnego feminizmu”.

Co gorsza, dla Islandczyków, pani Premier rozpoczęła walkę z działalnością biznesową, która pociąga za sobą czerpanie zysków z wykorzystywania nagości. Suto posypały się ustawy zakazujące korzystania z usług prostytutek, a w niedalekiej przyszłości zaplanowana jest cenzura pornografii internetowej. Powstała również Wielka Siostra – ochotniczy patrol moralności, w który zaangażowały się aktywniejsze feministki, doglądając przestrzegania przepisów przez islandzkich potomków Adama.

Zebrały one zarzuty przeciwko 117 mężczyznom, lecz policja odmówiła wszczynania śledztw. Jeśli stróże prawa mieliby wsadzić za kratki wszystkich osobników wskazanych przez wielkie siostry, praktycznie podwoiliby liczbę skazańców we wszystkich islandzkich więzieniach. Materiały dowodowe jednak przyjęli – a nuż kiedyś się przydadzą.

Obydwa powyższe przykłady dzieli przepaść – zarówno moralna, jak i odległościowa. Ale gdy, po raz kolejny, wydaje mi się, że fabuły literackie sprzed kilkudziesięciu/kilkuset lat i teraźniejszość, w której żyję również dzieli fikcyjna przepaść, sam w nią wpadam – pchnięty wiatrem, który już przeminął.


niedziela, 24 marca 2013

W marcu jak…


Wydawało się, że pogoda będzie zmierzała w stronę lata, lecz marzec nie bez kozery jest porównywany do garnca. Lubię marzec, bo choć nie przeszkadzają mi aż tak mrozy, wiem że niedługo zacznie się robić cieplej, a stąd już tylko krok do lata – wakacji. Trzeci miesiąc każdego roku jest prawdopodobnie najbardziej nieprzewidywalnym ze wszystkich. Nie inaczej było w tym roku, choć ten ciekawy miesiąc jeszcze się nie skończył.

Szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę występ naszej reprezentacji w piątkowym meczu z Ukrainą. 1:3 na Stadionie Narodowym to blamaż. Należy też dodać, że ważniejsze od słabej postawy naszych w spotkaniu z sąsiadami, było dla internautów zsunięcie się spodenek z tyłka Jakuba Koseckiego. Nawet w wiadomościach to pokazano…

Były premier wyszedł na trybunę sejmową, by oddać głos, a w zasadzie obraz, swojemu kandydatowi na premiera. Tablet wszedł tym samym na polityczne salony. Biorąc pod uwagę, że politycy zarabiają tyle pieniędzy siedząc na spotkaniach izby niższej, możemy z pewną dozą prawdopodobieństwa przypuścić, że większość z nich ma tablet. A jeśli nie, to każdy klub poselski powinien sobie to cacko sprawić. Na posiedzenia sejmu wysyłany byłby jeden przedstawiciel, który dzwoniłby odpowiednio do każdego ze swoich kolegów, aby Ci, poprzez wideokonferencję, mogli przedstawić swoje pomysły. Parafrazując Abelarda Gizę: tak by się im nie chciało, że mieliby tylko górę założoną.

Wspomniany kabareciarz za przytoczony skecz ma ponoć zostać oskarżony o obrazę uczuć religijnych. Ci, którzy go chcą pozwać, nie widzieli chyba stand-upów w wykonaniu George'a Carlina czy innych amerykańskich tuzów tego gatunku. Poza tym wydaje mi się, że nie rozumieją samej idei kabaretu. Paradoksalnie przed Gizą występował Kacper Ruciński, który wg mnie dał jeszcze ostrzejszy występ. Nikt tego jednak nie odnotował.

Wybór papieża ktoś skwitował słowami -  „wybrano chuja”. Wiadomo nie od dziś, że artyści bywają ekscentryczni. Nie będę oceniał tych słów. Powiem jedynie, że w każdym garnku trochę pieprzu się przyda, żeby potrawa nabrała smaku. Marzec uśmiechnął się do mnie.

Kolejny raz Marzanna została utopiona w oceanie alkoholu, bo przecież 21 marca to wyśmienita okazja, żeby ogłupić organizm. W tym roku wódki i innych alkoholi nie trzeba było nawet wsadzać do lodówki/zamrażarki – butelki same się ochłodziły w trakcie podróży ze sklepu do domu.

Wracając do piłki: we wtorek Polacy zagrają z San Marino. Mój przyjaciel uspokoił mnie, że mecz z Ukrainą to była mistyfikacja Waldemara Fornalika – nie chciał on odkrywać kart przed kluczową potyczką z piekarzami, policjantami, lekarzami oraz nauczycielami z reprezentacji włoskiej enklawy. Okładki gazet sportowych w środę będą następujące: „Polacy podnieśli się po porażce z Ukrainą”, „Lewandowski wreszcie strzela, San Marino na kolanach”, „Świetny mecz naszych, Polska – San Marino tysiąc do zera”.

W marcu jak w garncu. Wynalezienie garnka był to przełomowy moment w historii ludzkości. Od tamtej pory możemy w spokoju gotować ryż i makaron, bo w zasadzie nie wiem co można tam jeszcze ugotować – kiepski ze mnie kucharz. Zupę! Mój tata robi najlepszy rosół na świecie, moja mama robi najsmaczniejszą selerową we wszechświecie. A marzec, jak co roku, zrobił nam taką zupę, jakiej się nie spodziewaliśmy. 

niedziela, 17 marca 2013

Letarg ludzi myślących


Czy 60,8 % to dużo czy mało? Bardzo dużo. Tę liczbę musimy, niestety, wiązać z wynikami najnowszego badania Biblioteki Narodowej, dotyczącego czytelnictwa Polaków.

Choć jestem z tego słaby, to oddam stery mojej wyobraźni, ukrytemu w najgłębszych czeluściach mojego rozumu, matematykowi-statystykowi, który zarzuci paroma cyferkami.

- 30% pilotów w UE przyznaje, że przynajmniej raz zdrzemnęło się w kokpicie podczas lotu.
- 50% całego prywatnego majątku we Włoszech należy do 1% społeczeństwa.
- 52% Francuzów odsprzedałoby w Internecie nietrafiony prezent gwiazdkowy.
- ponad 40% codziennych czynności wykonujemy automatycznie, bez udziału świadomości.
- 40% Hiszpańskich rodziców nie wie, czy ich dzieci mają konta na portalach społecznościowych.
- 44% mieszkańców Bułgarii jest zagrożonych biedą. To najwyższy odsetek w UE. Najlepiej powodzi się Luksemburczykom i Szwedom (1% zagrożonych).
- ponad 50% użytkowników Facebooka nie zauważa zamieszczonych tam reklam.
- 25% dorosłych Rosjan nie chce mieć dzieci.
- 30% Niemców cierpi na bóle w plecach.
- 60% Hiszpanów podczas oglądania telewizji wykonuje jakąś inną czynność
- 25% Francuzek i 18% Francuzów nie ma pod koniec miesiąca żadnych środków na koncie bankowym.
(zaczerpnięte z tygodnika FORUM i innych)

Do czego zmierzam. Gdybym poświęcił jeszcze więcej czasu na poszukiwanie, znalazłbym tysiące innych, mniej lub bardziej ważnych danych poniżej 60,8%. Przyjmując, że w Polsce mieszka około 38,2 miliona ludzi, to prawie 23,2 mln Polaków nie miało styczności z ani jedną książką w 2012 roku i wg mnie są to wstrząsające dane, biorąc pod uwagę pozytywy jakie wynikają z czytania, i że jest to właśnie 60.8 % naszego społeczeństwa.

Tak zwanych czytelników rzeczywistych (czytających 7 i więcej książek w ciągu roku) jest w Polsce zaledwie 11%.

Jeśli zatem zaliczasz się do grupy nieczytających Polaków, pomyśl przez chwilę o ile ciekawszy byłby dla Ciebie świat, w którym chwile przeznaczone na zapychanie sobie mózgu galaretą spędziłbyś gimnastykując swój rozum. Wszak jak mawiał klasyk „czytanie jest dla umysłu tym, czym gimnastyka dla ciała”.

Polskiemu czytelnictwu nie pomagają plany zamykania bibliotek szkolnych czy próba wprowadzenia multimedialnych podręczników dla uczniów. Wydawałoby się, że jeśli te wszystkie reformy i plany wejdą w życie, wbijając ostateczną szpilę, w i tak już kulejące czytelnictwo, będziemy się skupiać na tak syntetycznych formach pisemnych, że w zasadzie nie będzie ważne co czytamy, tylko ile.

„Jeśli chcesz mieć więcej, to więcej musi oznaczać mniej” – cytując Stanisława Lema. Więc nie ważne czy czytasz książkę, gazetę w wydaniu papierowym lub na tablet. Ważne, że pobudzasz swój umysł do pracy. Aby wytworzyć nową jakość potrzebujesz elastycznej wyobraźni, którą albo masz od urodzenia, albo wybudzisz z letargu czytając.