niedziela, 16 czerwca 2013

Elegia o chłopcu polskim

Mam nieodparte poczucie, że życie przechodzi tuż obok mnie. Najgorsze jest to uczucie a la Iwaszkiewicz, że wszystko jest miałkie. Mogę powiedzieć, z czystym sumieniem, że jestem polakiem z krwi i kości.

Zostało mi kilka zaliczeń. Im bliżej końca semestru, tym większy mam natłok myśli. Z jednej strony mam tę spinę, że jeśli nie zdam egzaminów, to obleję się wieczną hańbą, wyrzutka rodziny. I mimo iż jest to absurdalne samo w sobie, to na sercu leży ciężkim kamieniem. Z drugiej zaś strony mogę rzucić to wszystko. Olać studia, pójść do pracy i tyle. Przecież w życiu najważniejsze jest to, żeby hajs się zgadzał. Poza tym, gdy zacznę zarabiać swoje, to zauważę wreszcie to „słońce i promienie przebijające chmury, niebo w kolorze purpury, ciągnące po horyzont góry, mgłę w dolinach, krajobraz ponury, piękno natury”. Raz żyję imprezowo, pierdolę szkołę i wydaje pieniądze, których jeszcze nie mam. Drugi raz, jestem przykładnym uczniem, który zawiązał na swej szyi sznur ascezy. Życie zaś podąża równocześnie innymi ścieżkami.

Słusznie robimy wiekopomny transfer do życia kreślonego przez dychotomicznego Boga i Lewiatana w jednym – Internet. Widzimy w nim same pozytywy. Naukę można przebrnąć dzięki Wikipedii dużo mniejszym nakładem sił, niźli czytaniem i kartkowaniem wybitych na papierze informacji. Byłbym oczywiście hipokrytą, gdybym sam nie korzystał z takich „dobrodziejstw”. Zatem po każdym semestrze nauki cieszę się, że właściwie nic się nie nauczyłem, chlałem i ćpałem, czym mogę się zawsze – i nawet powinienem – podzielić na Facebooku. Dostęp do ogólno rozumianej informacji poszerzył się, w krajach rozwiniętych choćby w takim stopniu jak Polska, do stanu, o którym nie moglibyśmy marzyć. Same profity. Po cichutku jednak, w tzw. międzyczasie, nie widzimy drugiego oblicza naszego dzisiejszego bogodiabła. Niczym każdy szanujący się dyktator daje on nam pozory lepszego życia, skupiając nasz wzrok na niekwestionowaną pozytywną twarz swej dyktatury, ale zawsze jest to ale, które po obaleniu danego reżimu daje naukowcom pełne pole do analiz i podsumowań. Okazuje się jednak, że nie było aż tak kolorowo. Kolejne pokolenia podsumują nasze dziś.

Świat choruje na zaawansowany kult pieniądza. Życie przeliczamy dziś na wyniki, statystyki, słupki, kasę. Dla bardzo wysokiego procentu ludzi uczucia proste są wielowymiarowe. Dziś nie można już po prostu kochać. Potencjalnego partnera trzeba prześwietlić od deski do deski, aby ze spokojem przejść do analizy całego związku. Pieniądz wcina w względnie szybkim tempie kulturę, która pazurkami stara chwycić się burty, sprzedając swoje miejsce i czas reklamie, żeby przeżyć. I dalej skamlałbym o tym jak jest nam źle i jak to nie dobrze mają takie osoby jak ja, które widzą swoją przyszłą pracę w szeroko rozumianej kulturze (znowu ten Iwaszkiewicz), ale nie byłoby sensu tego czytać. Przecież to wszyscy wiedzą, a życie leci obok.

Mogę rzucić te wszystkie, zbędne, dywagacje. Carpe diem. Ubrać się porządnie, kupić sobie samochód i resztę tych „męskich” atrybutów, które wpisałyby w moje życie szereg wyuzdanych, chwilowych znajomości. Korzyść z tego wszak dwojaka. Nie dość, że miałbym mój ukochany hajs, to jeszcze cel mojego – naszego – życia niewyczerpalne źródło seksu z kimkolwiek. Oba cele mojego bezcelowego życia byłyby spełnione.

Ależ on pierdoli – pomyśli sobie ktoś. Pisze tak, bo jest podstępny. Chce i tak tego co wszyscy. Nie wierzę, że nie. Przecież jest taki jak wszyscy. A nawet jak nie jest, to jest. Założył sobie bloga i myśli, że Boga za nogi złapał. A przecież co on studiuję? Europeistykę – debil oraz dziennikarstwo – podwójny strzał w kolano. Co on chce w życiu robić? Pisać – nieprzyszłościowe zajęcie. Pisać – nieintratna praca. I takich nierobów ten nasz kraj wyuczy, a potem płaczą, że pracy ni ma. Albo na politechnikę, albo na prawo, bo z humanistycznych kierunków to przecież pracy nie uświadczysz.

I tak życie płynie sobie (przynajmniej) dwoma nurtami. Pierwszy wyznaczam sobie sam, a resztę wyznaczają inni. Sam już nie wiem, który jest ten mój.  Ten cały Internet to dobry jest, w końcu, czy zły? Sam nie wiem, wszak obie odpowiedzi są już trywialne. Każdy wie, że jest albo dobry, albo zły. A ja mam czelność na niego narzekać. Albo nie narzekać. Życie przelatuje obok mnie. Kiedy narzekam, to i tak nie narzekam. Jak to każdy Polak. A wszystko marność.

niedziela, 9 czerwca 2013

Co zrobić?

Sesja się zbliża. Wyjazd się zbliża. Godzina X zaraz wybije, a ja NIC nie mam. Myślę tylko o leżącej na stoliczku, obok laptopa książce. To może dragi chociaż wezmę?

Wyobraźcie sobie na przykład taki rausz, w trakcie którego znikają wszystkie problemy, polepsza nam się humor, jesteśmy pozytywnie nastawieni do świata, a kapryśna wena sama rozchyla nogi, abyśmy mogli czerpać z jej źródła. A no tak, przecież od tego jest alkohol i marihuana. Jednakże w przypadku tych dwóch używek nie działają one generalnie na wszystkich tak samo. Niektórzy są po nich bardziej agresywni, niźli w normalnym życiu – co ja uważam za pewien odchył (hipokryta). Są jeszcze fajki, które psikają nam WD-40 po naszych przyrdzewiałych – w danej chwili – nerwach. Ale czy mi chodziło o takie dragi?

A jesteście sobie w stanie wyobrazić takie używki, po których znikają najbardziej Was irytujące ludzkie zachowania i zwyczaje? Idziecie sobie spokojnie do dilera i kupujecie woreczek z bliżej nieokreśloną mazią, którą możecie skręcić w bibułkę, rozcieńczyć z wodą, itd., po czym spożyć w ten czy inny sposób. Rausz idealny. W moim świecie wykluczyłaby ona całkiem sporą, mimo iż nie jestem konfliktowy, (III) rzeszę ludzi.

Począwszy od tych, którzy popierają swoje tezy wymyślonymi znajomymi czy swoją jakże rozległą wiedzą na każdy temat – ej, no co Ty, piwo nie jest robione na bazie chmielu, mam znajomego piwosza, który dużo pije i mówił mi, że robi się je z mąki i masła, info potwierdzone. Poprzez, dość konwencjonalnie, ludzi zakochanych w pieniądzach oraz, mniej konwencjonalnie, ludzi zamkniętych w ciasnych klateczkach norm i obyczajów. Na wsadzających mi w usta wyrazy, frazy, zdania, a nawet całe akapity, inteligencików, którzy wrzucają mnie do woreczków poprzypinanych w ich główkach, oznakowanych nie-inteligencko, np.:  „fajnie”, „głupek”, „pogarda”, „przecież i tak jestem lepszy od niego”, kończąc. I całe grono innych cwaniaczków, „o których teraz zapomniałem lub pominąłem ich przez litość”. Ale się ze mnie płaczek zrobił, od tych dragów. Bee.

Zastanawiałem się ostatnio jakie to warunki trzeba dziś spełniać, żeby być inteligentem. Ja nigdy nie lokuje się w tym wybitnym gronie, nie określam się jako „inteligentny”. Myślę, że powinna być komisja inteligentów polskich (KIP) robiąca testy dla zainteresowanych, których pozytywny wynik umożliwiłby poprzedzanie swojego nazwiska mianem inteligent. Coś jak po studiach. Mgr inż. Int (Inteligent) Jakub Bartecki. Byłoby fajnie, nie? A może to - popularny ostatnio frazes - stan umysłu? Beka.


Ale czy taki rausz miałby działać chwilowo, czy bezterminowo? Jednorazowa decyzja, czy żyjesz na Planecie Wad, czy w Utopii. Książka wciąż leży obok laptopa. Chyba jednak lepiej, aby ów narkotyki działały standardowo – określenie-czasowo. Przecież My tak naprawdę lubimy wracać do tej Naszej rzeczywistości. A przynajmniej ja lubię. Książka lewituje. I nawet płaczek mi przeszedł. Znowu zaczynam produkować te nieznośne endorfiny. Macie te dragi?

niedziela, 2 czerwca 2013

Krok w kobiecy vlog, ze ściętą głową w tle

Jak Internet długi i szeroki, tak sam nasuwa mi cotygodniowy temat na felieton. Właśnie skończyłem czytać wywiad rzekę z Jerzym Urbanem (prowadzony przez Martę Stremecką), w którym wypowiada takie słowa o ówczesnej rzeczywistości politycznej – „ustrój robił się konserwatywno-komiczny, kapitalny dla dziennikarza, bo tematy aż pchały się w ręce”. Po raz kolejny stawiam się zatem w doborowym towarzystwie parafrazując słowa Urbana – Internet robi się liberalno-komiczny, kapitalny dla dziennikarza, bo tematy aż pchają się w ręce.

I tak siedzę sobie z moimi przyjaciółmi na kawce pomiędzy zajęciami. Spokój, chill out. Aż tu nagle moja przyjaciółka zarzuca filmem, który nie jest wcale skomplikowany, ale wywołuje głuchą konsternację. Wartki strumień naszych, kreatywnych, myśli brutalnie zatrzymuje intelektualne dno, które paradoksalnie działa jak tama, a nie jak typowe dno. Syf, kiła i mogiła. No dobra trochę ściemniam, bo już wiedziałem o tym zjawisku, ale przecież trzeba wprowadzić dramaturgię.

Filmiki proste jak budowa cepa. Nastolatka, a może nawet i dojrzała kobieta, wrzuca w internetowy eter wideo, na którym wyjmuje ze swojej torebki rzeczy i je opisuje. O proszę, tutaj mamy kremik do rąk. A tu nam się zawieruszyła szczotka do włosów. No patrzcie go, jaki nieśmiały, telefonik – oczywiście jakiś Iphone czy Samsung Galaxy S4, zestawienie nie do przyjęcia dla fanów obu firm, ależ ze mnie ancymon. Wyjmuje jeszcze parę gówienek i kończy filmik werbalną puentą, która brzmi mniej więcej tak: no, to tyle moi kochani – czym zawłaszcza sobie dana osoba zaskakująco obfitą publiczność – tak wyglądała moja torebka, sprawdźcie za tydzień jak i czym się będę malowała.

Lubię zadawać pytanie: w jakich czasach przyszło nam żyć? W ogóle moje teksty, proza – o której nie wiecie, wiersze – to samo co z prozą, są przesiąknięte tak ciężko patetyczną atmosferą (o której często przypominam), że niekiedy aż nie chce mi się tego czytać. No ale z drugiej strony, nie żebym nie miał ani troszkę racji w moich wizjach. W zeszłym tygodniu dwóch czarnoskórych mężczyzn wzięło i bestialsko – to dobre określenie – zamordowało angielskiego żołnierza w Londynie. Podejrzani najpierw potrącili ofiarę, a następnie odcięli jej głowę tasakiem i nożem. Świadkowie zareagowali adekwatnie do dzisiejszych trendów - być może takie reguły postępowania w przypadku niebezpieczeństwa i chęci niesienia pomocy dojdą kiedyś do naszego zapyziałego kraju – szybko wyciągnęli telefony i inne tablety, i zaczęli kręcić, aby czasem nie uronić ni łezki z tego świeżego materiału, który można by wrzucić do Internetu sygnując to swoimi pseudonimem, bo przecież nie nazwiskiem, i zbierać fejm oraz wyświetlenia.


Kiedyś, nie tak dawno temu, zastanawialiśmy się wspólnie na zajęciach, czy wypada zestawiać ze sobą kontrasty? Czy można połączyć tragizm i komizm, fantastykę i realizm, piękno i brzydotę, smród i ładny zapach? Wydaje mi się, że skoro można to było robić kiedyś (wszak to sztandarowe połączenia występujące w grotesce), tym bardziej można to robić dziś, gdy Internet robi się liberalno-komiczny, a tematy na felieton aż pchają się zewsząd w ręce.

niedziela, 26 maja 2013

A Ty na co jesteś chory?

Zgniła PRLowska zieleń bloków wita każdy mój poranek w rodzinnym mieszkaniu. Przeciągam się. Nie zasłaniam rolet kiedy się przebieram. Prowokuje w ten sposób sąsiadów i ludzi zamieszkujących wieżowce dookoła. Zapewniam ich również o moim zdrowiu psychicznym. Ale czy ich to w ogóle cokolwiek interesuje? A Wy szpiegujecie okna sąsiadów?

Jak dobrze wiemy nauka i technika wykorzystała ostatnie kilkadziesiąt lat na 300%, wrzucając naszej planecie szósty bieg. Oczywiście, że istnieją na Ziemi miejsca niezurbanizowane, ani nie dotknięte chorobą dzisiejszej ludzkości, ale generalnie obszary Niebieskiej Planety, w których mieszkamy albo chcielibyśmy mieszkać, zasuwają jak pociąg TGV. Czasami wydaje mi się, że klaustrofobia rozwinęła się wraz z postępem w ciągu ostatnich lat. Już tłumaczę.

Zobaczcie. Przykład z oknem. Zakładam, że większość ludzi mieszkających w wieżowcach czy blokach zasłania rolety jak się przebiera, albo idzie do łazienki lub innego miejsca, którego widok z okna nie obejmuje. Chronię swojej prywatności – odpowie oskarżony. Czy aby na pewno? Wizja stałej inwigilacji wygrywa z poczuciem zdrowego rozsądku. Kreowana w mediach rzeczywistość, w której to jesteśmy obserwowani na każdym kroku, a jak powiemy coś niegrzecznego albo umówimy się z kimś na coś nielegalnego, napawa nas obawą, bo przecież policja codziennie podsłuchuje moje rozmowy telefoniczne i co miesiąc skrupulatnie przegląda moje bilingi. Nie mówię, że ludzi, którzy faktycznie parają się jakimiś niezgodnymi z prawem profesjami policja nie ma na oku, ale poczucie  bycia obserwowanym „przez system” – mówię tu o normalnych ludziach, którzy czasami łamią prawo, ale nie jest to rzecz cykliczna i nie ma żadnego wpływu ani na budżet kraju, ani nie zagraża zdrowiu innych - zakrawa trochę o absurd.

Rozbawiła mnie ostatnio rozmowa z moim przyjacielem, podczas której przytoczona została następująca historia. Człowiek wraca do domu w nocy. Na dworze niesamowita ulewa. Jego dom jest w dzielnicy, nazwijmy ją, rolniczej. Sąsiadami jego posesji są: pole żyta i łąka. Żyto jest jeszcze w początkowej fazie rozwoju. Mniej więcej po środku kilkuhektarowej niwy stoi dwóch ludzi. Pierwszy trzyma w ręku włączoną latarkę LED. Światło skierowane jest na drugą osobę, która kopie dół. Przypominam, że jest środek nocy. Człowiekowi wracającemu do domu przez chwilę przed oczami pojawia się Tony Soprano oraz Christopher Moltisanti z kultowej Rodziny Soprano. Gdy obaj serialowi gangsterzy znikają ów człowiek zaczyna biec sprintem. Zatrzymuje się dopiero za drzwiami swojego domu, drżącymi rękami zamykając wszystkie zamki. Chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego uciekał?

Nie mówię, że nigdzie nie dzieją się dziwne rzeczy. Wszak, jak mawiał klasyk, są na tym świecie rzeczy, które się fizjologom nie śniły. Np. w nowym FORUM przeczytałem artykuł o notorycznych, w ostatnich latach, zabójstwach rosyjskich oligarchów mieszkających w Londynie. Pierwszy z nich Borys Bieriezowski został znaleziony z pętlą na szyi oraz ze złamanym żebrem. W podaną wersję zdarzeń – samobójstwo – nie wierzy nikt. Drugi Aleksandr Litwinienko udał się na spotkanie biznesowe w centrum Londynu, na którym podano mu herbatę zaprawioną odrobiną radioaktywnego polonu 210. Zmarł po 3 tygodniach męczarni. Obaj panowie byli wrogo nastawieni do Władimira Putina. Dodatkowo dowiadujemy się, że „aktywność rosyjskich tajnych służb w Londynie jest obecnie bardziej nasilona niż w czasach zimnej wojny”. Aż strach jechać do stolicy Wielkiej Brytanii.


Klaustrofobia, jak już napisałem wyżej, rozwija się właśnie poprzez takie historie. Oglądamy seriale czy filmy, które, w momentach gdy przechodzimy przy ciemnej bramie lub widzimy grupkę ludzi, nasuwają nam na myśl od razu jakieś niebezpieczeństwo, które wydarzyło się na ekranie. Z gazety dowiadujemy się, że w Londynie funkcjonuje opór rosyjskich tajnych agentów. Więc najlepiej siedźmy w domu, bo przecież na dworze czai się niebezpieczeństwo. A przecież i w naszych czterech ścianach nie możemy się czuć do końca bezpiecznie. Wszak sąsiedzi – agenci „systemu” czyhają zaraz za naszymi oknami, aby nie stracić ani sekundy z naszego życia. Paradoksalnie dzisiejsza klaustrofobia oznacza strach wyjścia z zamkniętego pomieszczenia, a nie na odwrót, jak to było do tej pory. Zapewne ma to swoją fachową nazwę w medycynie, jak wszystko, ale nie chce mi się tego szukać. Albowiem „biedni giną od braku pomocy medycznej, a bogaci od jej nadmiaru”.

niedziela, 19 maja 2013

Polityka i obyczaje


„Literatura zaczyna się tam, gdzie przestaje być normalnie” – napisał Michał Witkowski w swoim Drwalu. Czy zatem powinienem już zacząć pisać prozę? Bo wydaje mi się, że normalność oglądam już tylko w tylnym lusterku. I znowu wyszedł patetyczny lead.

Podczas porannej rozmowy z moim przyjacielem dowiedziałem się, że w Wiedniu, którego jeszcze nie było mi dane odwiedzić, ludzie jeżdżą do pracy na hulajnogach. Garnitur, neseser i hulajnoga – to przymioty austriackich białych kołnierzyków. Nie powiem, zaskoczyło mnie to. Powiedziałem mu, żeby wyobraził sobie, jakim byłoby to w Polsce mezaliansem. Adwokat jedzie na swoją rozprawę. Patrz Jadzia. Co za baran. W garniturze, a na hulajnodze się bawi. Jeśli chodzi o obyczaje i zachowania, to My -Polacy jesteśmy Ciemnogrodem. Nie ma co się oszukiwać.

Ostatnio gorąca jak majowa pogoda jest sprawa Donalda Tuska i Jerzego Urbana. Dwie kochane i znienawidzone postacie życia publicznego. Nasz premier obraził się na redaktora naczelnego tygodnika NIE za prymaaprylisowy żart. Dość tego – pomyślał sobie Tusk. Żart polegał na tym, że dziennikarze gazety Urbana włożyli w usta polityków niecenzuralne słowa, które to niby padły w trakcie meczu Polska – Ukraina na Stadionie Narodowym. Należy sobie jednak zadać pytanie, czy warto pozywać krytyczno-satyryczny tygodnik za coś, co oni po prostu robią od ponad 20 lat. Jak w takim wypadku wygląda w naszym kraju sprawa wolności słowa, biorąc pod uwagę to, że sam Urban powiedział kilka dni później, iż był to żart.

Niedawno byłem na komunii mojego brata ciotecznego i obserwowałem ten spektakl z niemałym uśmiechem na twarzy. Naszła mnie tam, przed kościołem, taka refleksja, że Ci wszyscy ludzie przyszli tam przede wszystkim, żeby ludzie we wsi zobaczyli ich modne outfity, a dopiero w drugiej kolejności, żeby te dzieci zrobiły to co się zazwyczaj na komuniach robi. Normalnie aktorzy tego dwugodzinnego przedstawienia, w którym to się PREZENTOWALI, chodzą w wyświechtanych ciuchach, i nie jest to obelga. Tymczasem okazuje się, że nie tylko ciuchy tych ludzi są wyświechtane. Tylko teraz pytanie (ale jestem dociekliwy), czy można wyświechtać rozum? (!?)

Nie jest to odosobniony – z tą komunią – przypadek. Ciekawym, z punktu widzenia badacza, jest odwiedzenie mojego osiedlowego sklepu w piątek. Dlaczego akurat w piątek? Bo jest wtedy dostawa mięsa na weekend. Jest to w zasadzie podobna sytuacja jak ta z kościoła, z tą różnicą, że ma miejsce częściej. Od rana ustawia się kilkunastoosobowa kolejka, a ten sklep jest dość mały, i zaczyna się. Odpicowani ludzie starają się na siłę jak najdłużej stać przy ladzie i zamawiać. To chyba taki konkurs. Muszą wziąć plasterek każdej szyneczki, po jednej kiełbasce, wszystkie części kurczaka etc. Dlatego strasznie nie lubię dostawać rano wiadomości – Kubuś idź do sklepu po mięso na weekend. Tracę wtedy ze dwie godziny z życia na obserwacji tej żenady, ale z drugiej strony trzeba oddać tym ludziom, że świetnie grają wyluzowanych, bogatych, dystyngowanych arystokratów.

I tu dochodzimy do sedna sprawy Tuska i Urbana. Redaktor naczelny tygodnika NIE stałby ze mną na tej komunii i w tym sklepie, i zastanawiał się, dlaczego my też – ja i on – bierzemy w tym przedstawieniu udział, bo przecież też bylibyśmy w garniturach oraz po mięso. Natomiast Tusk świeciłby swoją odświętną – ale czy czasem i nie codzienną? – aparycją na lewo i prawo. Jego córka aka internetowy wyznacznik szyku i gustu pomogłaby mu sklecić wyjściowy strój, żeby ładnie wyglądał, a ja miałbym przynajmniej wstęp do mojej powieści, bo normalność zniknęła mi już nawet z tylnego lusterka.

niedziela, 12 maja 2013

Nerwowe Juwe, Juwenalia


W maju najlepsze jest to, że gdy wracamy z depresją z weekendu majowego, to od razu wpadamy w wir juwenaliowego szaleństwa. Czyli, w sumie, w TEN poniedziałek deprechy nie ma. Ale było poczucie beznadziei.

To nic, że ponownie zaczynamy tydzień zajęciami. Psychicznie jesteśmy oddaleni od uczelnianych budynków o jakieś parę kilometrów, a może nawet bliżej. Ładniej brzmiałoby – o lata świetlne, gadziliony lat, ale cała opisywana sytuacja ma miejsce w granicach jednego miasta, niestety – z pisarskiego punktu widzenia. I tak rozpadają się „dni na godziny, minuty na sekundy, a sekundy – te uczelniane/szkolne – przeciekają”. Ale gdy uwolnimy się ze szkolnego kagańca, o ile nie olaliśmy tego już wcześniej, lecimy zaraz, zaraz do najbliższego miejsca – miejscówki, w której to odbędzie się dzisiejszy, studencki w zamyśle, ale i licealny, i gimnazjalny, etc., spęd.

Ciekawe jest to, że jeden z ważniejszych tygodni w roku każdego szanującego się studenta oraz jeden z najważniejszych tygodni każdego szanującego się intelektualisty (csii) przypadają, mniej więcej, na jeden tydzień w roku. Na moje szczęście, kiedy ja zdawałem maturę dałem radę pogodzić juwenalia z testem dojrzałości. Na zaproszenie brata – dzięki Mati – rozdziewiczyłem się juwenaliowo o rok wcześniej, niż powinienem. Ochrona – wittigowski Scotland Yard – nie zauważyli, że moja karta mieszkańca jest, delikatnie mówiąc, podrobiona i wchodziłem na teren miasteczka studenckiego – na ul. Wittiga jak król na swoje włości.

Istnieje takie powiedzenie, że co stało się w Las Vegas, to pozostaje w Las Vegas. Dlatego nie będę ściągał tego, dziś!, sloganu, a to dlatego, że kluczem do sukcesu Wittigaliów jest właśnie to, że wszyscy mówią, czego tam nie robili i kogo tam nie widzieli. Miło wspominam tamte parę dni, które wytworzyły mi w mózgu idealne psychiczne podwaliny pod nadchodzący maturalny stres. Jedna anegdotka. W momencie kiedy zbliżała się godzina X, w której to miano wyświetlać Projekt PIWO (Ci co nie wiedzą niech sobie sprawdzą na youtube) postanowiliśmy uciec z, praktycznie, samego środka masy ludzkiej, w miejsce trochę bardziej kameralne. Ja byłem odpowiedzialny za doniesienie grilla w całości, z punktu A do B. Podniosłem więc grilla ponad poziom swojej głowy i trzymałem za jedną z nóg. Co się okazało, po dotarciu w wyznaczone miejsce pozostała mi tylko ta noga, którą ściskałem. Reszta grilla została zawłaszczona, czy też zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach – o, patrzcie, grill w powietrzu, wezmę sobie ruszcik (!?).

I mimo iż nie studiuję na Politechnice Wrocławskiej, ani nie mieszkam w akademikach na ulicy Wittiga, jeżdżę tam – to duże słowo jeżdżę, bo to tak, jakbym przyjeżdżał do Wrocławia specjalnie na to wydarzenie. Więc dojeżdżam tam już od dwóch lat i zapewne będę tam się pojawiał do końca moich studiów, a nawet o jeden dzień dłużej! W tym roku byłem – tylko – na Wielkim Grillowaniu w środę. Dlaczegoż to drogi Kubo? – spyta zaciekawiony czytelnik. Już mówię. Prawdopodobne są dwie wersje wydarzeń.

1) Juwenalia na UWr – koncerty na Wyspie Słodowej – były płatne, dlatego stwierdziłem, że nie będę płacił za coś, co powinno być darmowe. Od tak. Powiedzmy, że jestem człowiekiem zasad i tyle. Na resztę Wittigaliów nie poszedłem z tego samego powodu.

2) Mniej więcej w trakcie juwenaliowego tygodnia miały miejsce dwa kuriozalne wydarzenia. W Częstochowie grupa policjantów wjechała samochodem na teren akademików i powypisywała kilkunastu osobom mandaty za picie piwa. Natomiast we Wrocławiu, również, policja zastrzeliła trzy dziki, które weszły na teren szpitala przy ulicy Koszarowej. Dlaczego zabito zagubione zwierzęta? Bo były rozjuszone – odpowiedzieli na to pytanie wrocławscy urzędnicy. Dziwne żeby nie były rozjuszone, skoro wypędzano je stamtąd pedardami hukowymi.

Tak mnie oba fakty zdenerwowały, że szukałem odpowiedniego pomieszania tych historii tak, aby pasowało mi to jako puenta do bloga. Oto co mi wyszło: Policjanci z Częstochowy powinni wlepić mandaty strzelającym władzom z Wrocławia, a studenci powinni pójść, z dzikami, i upić jak dzikie świnie.

niedziela, 5 maja 2013

Majówkowy abstynent


Weekend majowy zawsze kojarzy mi się z ostrym chlaniem. Taki to już mój – młodzieżowy – przywilej, dajemy w palnik aż trzeszczy. Ale przecież nie tylko My. Tym razem postanowiłem jednak odskoczyć od tej corocznej tradycji i porobić coś, co ma większy sens, niż przechylanie 20, 25, 30 czy 50ml kieliszka pełnego przeźroczystego znieczulacza.

O dziwo, w tym roku okazało się, że na majówkę, w gronie moich przyjaciół, przypada wiele czynników, które uniemożliwiają ordynarne alkoholizowanie. A to siłownia i związane z nią specyfiki budujące masę i rzeźbiące ciało, a to przygotowania do testów do szkółki strażackiej, czy służba, praca, mecz, etc. No dobra, myślę sobie, będę miał mój wymarzony czas, który chciałbym przeznaczyć na teleportacje do świata skrzętnie butowanego przez pisarzy, poszerzanie horyzontów i wypełnianie pustych szufladek mojego mózgu tematami i informacjami, które mogą się stać potencjalnymi punktami zaczepienia do kolejnych tekstów, czytaniem gazet oraz, co nie częste w moim przypadku, oglądaniem serialu.

Tak, lubię mieć te punkty zaczepienia w momencie, kiedy staram się pisać. Siadam przed pustą kartką Worda i wiem, w które klawisze mam stuknąć, żeby skleić jaki-taki tekst. Dlatego też mam z tatą, o czym już kiedyś pisałem, dżentelmeńską umowę, że ja kupuję tygodnik FORUM, a on POLITYKA i wymieniamy się swoimi gazetkami, które się zbierają w pary albo nawet trójki, ponieważ nie mieszkam już razem z rodzicami, i z tego powodu widzimy się raz na 2, 3 lub 4 tygodnie. Za każdym zatem razem, gdy wracam do Świętego Miasta, leżą one przygotowane w moim prześlicznie wysprzątanym pokoju. Mój mały graniastosłup prostokątny (3 na 4) jeszcze nie wie (a może wie?), że zrobienie z niego małego burdeliku – leżące wszędzie ubrania, książki, kartki, kapsle, butelki, etc., etc. – zajmie mi jakieś 24 godziny. Niestety, jestem bałaganiarzem.

Uwielbiam czytać, ale byłbym hipokrytą, gdybym powiedział, że jestem zapalonym czytelnikiem od zawsze. Staram się teraz nadrabiać stracone – w aspekcie czytania – 18 lat życia. Muszę Wam powiedzieć, że raz tak mnie wciągnęła pewna książka (Moskwa – Pietuszki), że walnąłem sobie ze 3 czy 4 kieliszki wódki. Co ma piernik do wiatraka? Otóż główny bohater chleje na umór przez całe sto stron i tak się wkręciłem w fabułę, że doszedłem do wniosku, iż nie zrozumiem tej książki, dopóki nie wejdę na pewien poziom alkoholowego ogłupienia. Niecała setka wódki, niestety nie jest w stanie wprowadzić mnie w zaczarowany świat, w którym jestem doktorem politologii, ekonomii, pisarzem i ziomalem, ale stwierdziłem, że nie będę pił sam, bo nie jestem alkoholikiem. O co chodzi?

Staram się być obserwatorem życia społecznego, bo uważam, iż jest to piekielnie ciekawe. W ogóle dużo dziwnych rzeczy mnie ciekawi ostatnimi czasy. A propos. Ludzie mają tendencję do pisania i mówienia „stare dobre czasy”. Nie neguje, że ktoś ma już najlepsze lata za sobą i tak pisze, ale w moim przypadku, są to najczęściej osoby z przedziału wiekowego 17-23. Czy oni już nic lepszego w życiu nie przeżyją? Pisałem też o tym 2 tygodnie temu - 19-latka jest już w życiu spełniona. No to co ja mam biedny napisać? Mógłbym powiedzieć przyjaciołom i rodzicom - „Pamiętasz Twoją osiemnastkę? Stare dobre czasy” albo „Pamiętacie zeszłoroczną majówkę? Dobre czasy”. A tak napiszę felieton o tym, że miałem nie pić alkoholu w majówkę, tylko zrobić coś bardziej konstruktywnego, ale, niestety, wyszło jak zawsze.